Category

Uncategorized

Wakacje kojarzą mi się przede wszystkim z wyjazdami, plażowaniem i morskimi kąpielami. Zanim jednak wybierzemy się na podbój morskich fal warto odpowiednio się przygotować. Pakowanie ciuchów wydaje się być pestką w porównaniu do prób zmieszczenia kosmetyków w damską kosmetyczkę. Nie zależnie jak dużą kupimy to zawsze z ledwością ją dopinamy od nadmiaru produktów. Często jednak zapominamy o absolutnie podstawowych rzeczach, bez których Nasz urlop z przyjemności może zamienić się w koszmar. Skupię się dzisiaj nie na tym co oczywiste, ale na kilku produktach, które uratują nas w nieprzewidzianych sytuacjach. 
1. TABLETKI PRZECIWBÓLOWE
Nie ma nic gorszego niż niespodziewany atak bólu głowy czy zęba, więc nieodłącznym elementem kosmetyczki powinny być podstawowe i zaufane tabletki przeciwbólowe. Zajmują naprawdę niewiele miejsca, a potrafią być prawdziwym wybawieniem.  
2. PLASTRY 

Podczas urlopu oprócz plażowania zwykle dużo spacerujemy lub po prostu zwiedzamy, więc wygodne obuwie to podstawa. Niestety nowe buty lubią zrobić psikusa, więc aby nie popsuć sobie wycieczki warto mieć pod ręką plastry opatrunkowe czy te na odciski. Dzięki temu nawet dalekie wyprawy nie są nam straszne. 
3. SACHOL AFTIGEL 

Nowe miejsca to także nowe smaki, a wraz z nimi mogą pojawić się nieprzyjemności w jamie ustnej czyli afty. Ból jaki towarzyszy przy jedzeniu może skutecznie zniechęcić nas do smakowania nowości. Na takie przypadki warto w kosmetyczce mieć Sachol Aftigel, który błyskawicznie rozprawi się z problemem. Mała tubka z bardzo precyzyjnym aplikatorem i bardzo dobrym składem natychmiast izoluje zmianę powstałą w jamie ustnej oraz przyśpiesza proces odnowy nabłonka. Aby odczuć ulgę wystarczy nanieść 1-2 krople w miejsce bólu i odczekać chwilkę aż utworzy się wartswa ochronna. Czynność można optymalnie powtarzać do 3 razy na dobę. Mimo niewielkich rozmiarów żel jest bardzo wydajny i niezastąpiony w przypadku nie tylko aft ale również innych dolegliwości w jamie ustnej. 
4.  PRODUKTY PO OPALANIU 
Podczas plażowania staramy się złapać jak najwięcej promieni słonecznych, które przekładają się na piękną opaleniznę. Niestety po całym dniu spędzonym na słońcu możemy wieczorem odczuwać skutki w postaci zaczerwienionej i piekącej skóry dlatego też absolutnie w kosmetyczce wakacyjnej nie może zabraknąć produktów z aloesem, który doskonale łagodzi podrażnienia i daje kojące uczucie chłodzenia. Ja wybieram kosmetyki w żelu, bo są lekkie i dają natychmiastowy efekt. 
5. CHUSTECZKI NAWILŻANE
Produkty tak oczywisty, jednak bardzo często o nim zapominamy. Ja zwykle wybieram chusteczki dla dzieci gdyż są delikatne i mają przyzwoity skład. Są nie tylko doskonałym sposobem na odświeżenie i schłodzenie się ale także przydają się w nagłych przypadkach. 

*wpis zawiera link sponsorowany
Jestem ciekawa czego nie może zabraknąć w waszej kosmetyczce na wszelki wypadek? 
Detale w naszych wnętrzach potrafią sprawić, że aranżacje nabierają indywidualnego charakteru. Domowe przestrzenie stają się bezpieczną przystanią, czy też azylem, do którego chętnie się wraca. Trudno się dziwić tak szerokiej ofercie rynkowej, jeśli pod uwagę brać dekoracje. Zapomnijmy jednak na chwilę o typowych ozdobach, natomiast skupmy swoją uwagę na oświetleniu, które nie dość, że niesie ze sobą walory użytkowe, to i może stanowić cudowną ozdobę naszych pomieszczeń. 

Lampa na podłodze? Mobilna, estetyczna i ciekawa



Lampy podłogowe nie są nowością na rynku, jednak nie wybieramy ich w pierwszej kolejności, a szkoda! Mogą z powodzeniem spełniać rolę oświetlenia bocznego, maksymalnie funkcjonalnego, ale i być świetlną dekoracją, w której walory praktyczne schodzą na dalszy plan. Jeśli dobrze zaplanujemy oświetlenie swojego wnętrza, to również nic nie stoi na przeszkodzie, by podłogowa konstrukcja lampy zastępowała standardowe oświetlenie główne. 

Atutem jest to, że można ją ustawić tak w małym, skromnym i minimalistycznie urządzonym pokoiku, jak i w przepastnych salonach, długich korytarzach, a nawet wielkich jadalniach. Cecha uniwersalności, a przy tym mobilności odgrywa pierwsze skrzypce. Z kolei różnorodność projektów, od tych zwyczajnych, maksymalnie praktycznych i wygodnych w użytkowaniu, poprzez designerskie, ale wpisujące się w klimat wielu wnętrz, a skończywszy na tych najbardziej wymyślnych, pozwala na dopasowanie lampy podłogowej, do niemalże każdego domostwa, i każdych gustów. Spójrzmy na ofertę Azzardo.com.pl i przekonajmy się o mnogości zastosowań. 



Charakter lampom podłogowym nadaje im specyficzna estetyka. Mimo wszystko nie są to bowiem rozłożyste i mocno rozbudowane konstrukcje, choć ze względu na swoje rozmiary potrzebują ciut więcej miejsca na podłodze. Ta estetyka zostaje zamknięta w wysokiej podstawie, z jednej bądź kilku smukłych nóżek, z umieszczonym na końcu kloszem. Tylko albo aż tyle, by urozmaicić każde pomieszczenie. 

Praktyczne wskazówki

Choć liczba elementów składających się na mobilną lampę podłogową jest raczej niewielka, to jednak podstawa, na której opiera się cała konstrukcja, zwykle zajmuje sporo miejsca i może być stosunkowo ciężka. Z tego względu należy wygospodarować miejsce dla lampy podłogowej, by nie przytłoczyła wnętrza, ale i nie zginęła w tłumie mebli czy dodatków. 



Do eleganckich, a nawet luksusowo urządzonych pomieszczeń, doskonale nadają się lampy z kloszami wieńczącymi smukłą nóżkę, z ukrytym przewodem, ale zachowanym swobodnym dostępem do włącznika. W nowoczesnych wnętrzach, pośród industrialnych czy loftowych aranżacji, a także wszędzie tam, gdzie chcemy dodać kontrastu, warto postawić na charakterystyczny Tripod, czyli lampę podłogową na trzech nogach. 

A co zrobić, gdy zechcemy zmodyfikować wystrój i dotychczasowa lampa przestanie pasować? Wystarczy zmienić klosz, barwę czy moc światła, a do tego spróbować innego umiejscowienia dla lampy. I gotowe! 


*artykuł sponsorowany
Zawsze sobie powtarzam, że kosmetyków ( szczególnie kolorowych ) nigdy dość, ale przygotowując się do dzisiejszego wpisu uświadomiłam sobie, że mam stanowczo za dużo podkładów ( aż 12! ). Co więcej używam nałogowo tylko kilku z nich, więc wcale nie potrzebuję aż takiej ilości. Jestem posiadaczką jasnej, wręcz bladej cery dlatego doskonale wiem, że znalezienie odpowiedniego koloru nie jest łatwym zadaniem. Przygotowałam dla Was zestawienie posiadanych przeze mnie podkładów wraz z analizą porównawczą odcieni oraz krótką recenzją. Jakież było moje zdziwienie, gdy zestawiałam ze sobą kolory, które niekiedy drastycznie się miedzy sobą różniły a używane w pojedynkę sprawiają wrażenie idealnie dobrych. Przechodzimy do konkretów, gotowi?

ŁATWO DOSTĘPNE PODKŁADY 

Na pierwszy rzut podkłady marek, z których dostępnością raczej nie ma problemu gdyż znajdziemy je stacjonarnie w niemal każdym Rossmannie. Zaczynając od lewej mamy tutaj: Maybelline Affinitone ( 03 light sand beige ), Maybelline Superstay 24 ( 05 light beige ), Bourjois 123Perfect ( 51 Vanilla ) oraz SinSkin MustHave Ultralight Serum Foundation ( C10 Light Nude ). Muszę przyznać, że robiąc swatche doznałam małego szoku – jeśli chodzi o odcienie,  a jednocześnie utwierdziłam się w przekonaniu, że podkład, po który sięgam najczęściej ( SinSkin ) prezentuje się najlepiej. 
Affinitone ma średnie krycie, ale plus za duży wybór odcieni i przystępną cenę. Nieco przeszkadza mi jego konsystencja – jest lejąca, a nakrętka denerwuje mnie przy każdym użyciu. Podkład ładnie wtapia się w skórę zachowując lekkość. Ma w sobie mikro-drobinki, które dają delikatny efekt rozświetlenia i musze przyznać, że ostatnio podoba mi się ten efekt. Mój odcień nie jest najjaśniejszym dostępnym kolorem. Superstay zaś jest bardzo gęstym podkładem o mocniejszym kryciu i ciężkiej strukturze – wybieram go więc na większe wyjścia. Kolor na twarzy pięknie się dopasowuje, na ręce zaś wygląda… różowo! Minusem jest mały wybór odcieni. Wykończenie ma w pełni matowe i nie daje efektu maski.  Jeśli chodzi o Bourjois to chyba nie ma osoby, która nie zna/nie używała 123 Perfect. U mnie był to absolutny ulubieniec przez bardzo długi okres czasu, ale ten najjaśniejszy odcień jest odrobine za ciemny – jednak tak bardzo go lubiłam, że udawałam, że tego nie widzę. Nie jestem pewna – ale wydaje mi się, że wprowadzono numerek 50 – który powinien być w sam raz, ale jeszcze go nie testowałam/ nie widziałam w sklepach. Po podkład SinSkin sięgnęłam podczas promocji Rossmanna bo zarówno produkt jak i marka była nowością a ceny standardowe są dość wysokie. Od tej pory to mój faworyt – szczególnie latem bo posiada filtr SPF25, a często mam w zwyczaju zapomnieć o tym kroku w pielęgnacji. Podkład występuje w dwóch wersjach – do cery suchej i normalnej oraz tłustej i mieszanej i wybór odcieni jest przyzwoity. 


KOREAŃSKIE KREMY BB
Latem lubię sięgać po lżejsze zamienniki podkładów i tak się złożyło, że wszystkie trzy tego typu produky w mojej kolekcji są azjatyckich marek – dwa kremy od Skin79 ( Dark Panda oraz Orange ) oraz jedna z moich nowości Missha M Perfect Cover ( no.13 ).  Sięgam po nie, gdy zależy mi na lekkim makijażu bądź gdy nie mam zbyt dużo czasu na malowanie. 

Zacznę od kremu Orange Skin79, który jest ze mną najdłużej i choć mam go w mini wersji, to nie miałam nigdy potrzeby aby sięgnąć po większą tubkę. Odcień jest stosunkowo jasny, ale nie na tyle aby polubiły się z nim bladziochy. Ma przyzwoite krycie i trwałość, nie jest ciężkim produktem. Nakładam go sporadycznie w niewielkich ilościach, bo jest bardzo wydajny. Kolejny krem od Skin79 – Dark Panda ma nieco jaśniejszy odcień  ( zdecydowanie lepszy! ) i niesamowicie go polubiłam, choć wykończenie ma rozświetlające – a raczej błyszczące. Bez przypudrowania wygląda dość kiepsko, chyba, że ktoś lubi taki efekt. Jest tańszy od poprzednika i często można dorwać go na promocji. Minusem są kolory – tylko 3 i to w różnych wersjach wykończeniowych. Jako trzeci i stosunkowo najnowszy w mojej kolekcji Missha M Perfect Cover, którego krycie oceniam nisko, podobnie jak skład, który niesamowicie mnie zapycha. Duży plus za przemyślane opakowanie oraz kolor ( no. 13 ), który naprawdę jest blady przez duże B. Jego cena w stosunku do pojemności jest przyzwoita, choć 50 ml produktu to według mnie zbyt dużo. 



SZCZEGÓŁOWE RECENZJE:


MISSHA M PERFECT COVER RECENZJA ORAZ TEST NA ŻYWO

PODKŁADY JASNE TYLKO Z NAZWY?
Ostatnia grupa podkładów to głównie polskie marki, z wyjątkiem Catrice i Deborah. Łączy je również ograniczona dostępność stacjonarna, zwykle kupicie je tylko na firmowych stoiskach bądź przy odrobinie szczęścia – w drogerii Hebe. Od lewej: Deborah 24ORE Perfect ( 0 fair vanilla ), Paese Long Cover ( 01 porcelana ), Catrice HD Liquid ( 010 Light Beige), Pierre Rene Skin Balance ( Champagne ) oraz Pierre Rene Matte Active (02 Porcelain ).
Zacznijmy po kolei, podkład 24ORE Deborah to moja pierwsza styczność z marką i nie zrobił na mnie większego wrażenia, głównie przez odcień, który jest odrobinę zbyt różowy. Przy okazji nie wyróżnia się szczególnie ani trwałością ani kryciem więc nie sięgam po niego zbyt często. Podoba mi się za to efekt jaki daje na skórze – fajny mat i wygładzenie. Nie zbiera się również w załamaniach.
Podkład Long Cover Paese testuję dopiero od kilku tygodni i muszę przyznać, że mimo trudnych warunków pogodowych całkiem daje radę. Zarówno odcień ( bardzo jasny ) jak i wykończenie jest fajne, krycie przy dwóch-trzech warstwach również przyzwoite. Bardzo pomysłowy aplikator w postaci szpatułki – wygodnie się z nim pracuje. Niestety ściera się niesamowicie szybko – choć przy tych temperaturach żaden podkład nie radzi sobie idealnie. Catrice HD Liquid to chyba najbardziej kultowy produkt ostatniego roku, którego jedni nienawidzą, drudzy uwielbiają. Ja początkowo średnio polubiłam się z jego lejącą się konsystencją i pipetą –  o czym już Wam pisałam, ale ostatnio wróciłam do niego i muszę go pochwalić za wytrzymałość – dał radę lepiej niż poprzednicy podczas gdy żar lał się z nieba. Podkład Skin Balance podobnie jak poprzednik odbił się sporym echem w blogosferze i tutaj w dużej mierze padały zachwyty. Na plus mogę ocenić jedynie odcień oraz ładne opakowanie. Niestety podkład ma tendencję do podkreślania suchych skórek, więc do suchej cery nie nadaje się kompletnie. Jestem posiadaczką przetłuszczającej się strefy T i niestety również w moim przypadku skóra wyglądała na przesuszoną. Nie odrzucam całkowicie tego produktu, napewno spróbuję do niego wrócić bliżej jesieni. Pierre Rene Matte Activ to jedyny podkład, którego nie testowałam na twarzy – dlaczego? Wystarczy spojrzeć na ten odcień, który z porcelaną niewiele ma wspólnego. 

Podsumowując – moim faworytem jest podkład SinSkin, którego używam ostatnio non stop. Nie zawiódł mnie na żadnej imprezie czy podczas mega upałów. Z zaufaniem sięgam również po Catrice HD Liquid oraz Long Cover Paese. Niestety żaden z podkładów nie ma typowo żółtych tonów i troszczkę mi tego brakuje w produktach drogeryjnych. 
Jestem ciekawa, czy znacie któryś z zaprezentowanych kosmetyków oraz jakiego podkładu używacie aktualnie?
Latem nie ma niczego lepszego ( oczywiście poza słońcem ) niż dostęp do świeżych, sezonowych owoców. Ja w szczególności uwielbiam truskawki, borówki, czereśnie oraz jeżyny. Na całe szczęście kosmetyki w moich ulubionych smakach dostępne są przez cały rok. Dzisiaj opowiem Wam o naprawdę bajecznie pachnącym produkcie, który błyskawicznie skradł moje serce. Zainteresowani? 
TRUSKAWKOWY PEELING OH!TOMI
Wiem, że nie każdy lubi zapach kawy więc dzisiejszy produkt zdecydowanie Was zainteresuje. Ja sama jestem ogromną fanką kawowych kosmetyków, ale wiosną i latem mam ochotę na coś świeżego. Scruby marki Oh!Tomi z kolekcji Dreams dostępne są w 9 soczystych zapachach, z których na początek wybrałam truskawkę. Peelingi oprócz nietuzinkowej szaty graficznej cechują się bardzo krótkimi i konkretnymi składami oraz nie są testowane na zwierzętach
Poniżej skład z objaśnieniami:
Sucrose ( cukier ), Butyrospermum Parkii Butter ( masło shea ), Vitis Vinifera Seed Oil ( olej z pestek winogron ), Parfum ( substancja zapachowa ), Lecithin ( Lecytyna ), Ascorbyl Palmitate ( witamina C ), Helianthus Annuus Seed Oil ( olej z nasion słonecznika ), Tocopherol ( witamina E ), Aqua, CI 16255.
Nie znajdziemy w nim żadnych SLSów! Przyjemnie prawda?
Wspominałam już, że peelingi robione są ręczne?
WYGLĄD, ZAPACH, KONSYSTENCJA
Jestem oczarowana opakowaniem, które zdecydowanie wyróżnia się na tle innych produktów. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam motyw jednorożca, a w połączeniu z cukierkowo-pastelowymi kolorami kupuje mnie totalnie. Zdaje sobie sprawę, że produktów nie ocenia się po wyglądzie, ale musicie przyznać, że ładne opakowanie na spory wpływ na to czy sięgniemy po dany produkt czy też nie. Słoiczek ma pojemność 250 gram i co ważne, po otwarciu termin przydatności to 3 miesiące. 
Wspominałam już, że peeling pachnie obłędnie? Konsystencja jest gęsta, gruboziarnista, a kolor intensywnie czerwony. Wszystko mocno przypomina truskawki, aż czasami mam ochotę skosztować odrobinę. Bardzo cieszy mnie fakt, że całość jest zbita – nie nazbyt lejąca ani sypka, bo niestety miałam już przypadki nieumyślnego wywalenia peelingu do kąpieli. 
DZIAŁANIE I EFEKTY STOSOWANIA PEELINGU
Dzięki swej zbitej konsystencji produkt jest wydajny, wystarczy odrobina na każdą partię ciała, którą chcemy poddać zabiegowi. Peeling ma całkiem spore drobiny, więc raczej należy do tych intensywnie wpływających na skórę. Kosmetyk zwykle aplikuję podczas wieczornej kąpieli na mokre ciało, wmasowując drobinki kolistymi ruchami, po czym zostawiam na chwilkę a następnie spłukuję. Efekty widoczne są natychmiast po kąpieli, gdyż skóra jest zdecydowanie zmiękczona i przyjemna w dotyku, a regularne ( 2 razy w tygodniu ) stosowanie dodatkowo ją ujędrnia. Dzięki zawartemu w peelingu masłu shea, skóra jest odpowiednio nawilżona, a witaminy dodatkowo ją odżywiają. Zapach utrzymuje się jeszcze długo po aplikacji. 
CZY WARTO KUPIĆ PEELING OH!TOMI?

To moje pierwsze spotkanie z OH!TOMI i czuję się absolutnie przekonana by sięgnąć po kolejne produkty tej marki – a jest w czym wybierać: masła, pianki do mycia czy sole do kąpieli. Ceny jak za tak dobre składy są przystępne – dla przykładu peeling kosztuje w granicach 59 złotych. Bardzo cieszy mnie fakt, że za całą tak piękną szatą graficzną stoi naprawdę dobry produkt – takie połączenie wygląd + zawartość sprawiają, że chcę więcej i więcej. Tylko na co się zdecydować?
Nie będzie łatwo, tym bardziej że mam dla siebie i dla Was kod rabatowy -10% na całą ofertę sklepu ohtomi.pl, ważny do 31.07.2018! Wpisujcie przy zamówieniu “tinahaoficjalnie” i cieszcie się zniżką!


Przyznać się, kto regularnie wykonuje peeling ciała? Kojarzycie markę Oh!Tomi?
Zwykle po maseczki sięgam raz, czasami dwa razy w tygodniu i wybieram na zmianę oczyszczanie, nawilżanie i wygładzanie. Ot taki rytuał, który bardzo lubię, a moja skóra naprawdę to docenia. Ostatnio zrobiłam sobie małe wyzwanie, a właściwie nie takie małe bo aż tygodniowe, w którym to codziennie sięgałam po jedną lub dwie maseczki aby sprawdzić czy będzie miało to wpływ na kondycję mojej cery.  Jakie wyciągnęłam wnioski z tego maratonu pielęgnacji i czy rezultaty są zadowalające? 

WNIOSEK 1. CZY TO W OGÓLE DZIAŁA?

Sam rytuał często ozdobiony kolorowymi nadrukami na maseczkach oraz efektami w postaci bąbelków to naprawdę przyjemna sprawa. Ale zawsze zastanawia mnie, czy jednorazowo nałożona maska ma szanse spełnić szereg obietnic producenta?
Efekt po zabiegu zauważalny jest natychmiast: skóra jest miękka, wygładzona i przyjemna w dotyku ( w zależności po jaką maskę sięgamy ), ale następnego dnia wszystko odchodzi w zapomnienie. 
Dochodzę do wniosku, że maseczkę najlepiej wykonywać z dwóch powodów: dla samej przyjemności i odprężenia bądź przed ważnym wydarzeniem / spotkaniem, gdyż buzia wygląda promieniście to i makijaż będzie prezentował się lepiej. 



MOJE WYZWANIE DZIEŃ PO DNIU

W moim maratonie wzięły udział produkty, które mam w domu od dłuższego czasu, ale jakoś do tej pory nie zostały docenione. Uznałam, że nie ma co robić kolejnych zakupów, kiedy półki uginają się od nadmiaru kosmetyków. 

DZIEŃ 1

Wyzwanie rozpoczęłam od duetu marki Tołpa, na pierwszy rzut peeling enzymatyczny, który był dla mnie sporym zaskoczeniem i choć pierwsze minuty po jego nałożeniu były mało przyjemne ( skóra nieco szczypała ), to efekt był zaskakująco..dobry. Jego zadaniem było intensywne złuszczenie naskórka i redukcja zaskórników. Po nim wybrałam maskę czarny detox, która okazała się być szara. Tutaj na celu miałam dogłębne oczyszczenie porów i wygładzenie skóry. 

DZIEŃ 2

Tym razem postawiłam na działanie łagodzące, bo dzień był niezwykle upalny. Wybrałam niezawodną maseczkę żelową z aloesem marki Buna, którą uwielbiam za kojące działanie, efekt chłodzenia i pełną wchłanialność. Tego dnia mogłam obyć się już bez dodatkowego kremu. 
DZIEŃ 3

Postanowiłam  powtórzyć złuszczanie więc sięgnęłam po peeling kiwi od L’oreal, którego drobinki cukru rozpuszczają się podczas masażu twarzy. Jedyne czego nie lubię w tym produkcie to zapach – jest sztucznie owocowy. Konsystencja jest mocno kleista, a oprócz drobinek cukru widać pojedyncze pestki kiwi. Po tym zabiegu wybrałam Herb in Nude od Missha, która jest stosunkowo tanią maską w płacie i ma na tyle dużo esencji, że następnego dnia rano nałożyłam sobie ją bezpośrednio na buzię i pozostawiłam do wchłonięcia. Jej działanie jest kojące i również delikatnie chłodzi skórę podczas zabiegu.
DZIEŃ 4 

Przyszedł czas na rozświetlenie więc wybrałam maskę w glince L’oreal, którą lubię za jej intensywne działanie i jednocześnie nienawidzę za cały ten brud w łazience, który mam po jej zmywaniu i mocne zastyganie na twarzy, co dla mnie jest mało komfortowe. 
DZIEŃ 5

W tym dniu ponownie sięgnęłam po zestaw Tołpy – intryguje mnie bardzo ten duet, więc pewnie poświęcę im osobny wpis. 
DZIEŃ 6 

Maska łagodząca Buna, czyli powtórka z dnia drugiego. 



DZIEŃ 7

Na koniec maratonu wybrałam ponownie peeling kiwi od L’oreal, a następnie zdecydowałam się na maskę w płacie od MediHeal o bardzo karnawałowym designie. Jej głównym zadaniem jest regeneracja oraz ma działanie tonizujące. Przy okazji bardzo przyjemnie chłodzi – uwielbiam ten efekt latem. 

TYDZIEŃ MASECZEK: JAKIE EFEKTY?
Codzienne dostarczanie skórze składników aktywnych nie mogło odbyć się bez zadowalających efektów. Przede wszystkim wyrównał się koloryt mojej cery, a buzia jest niezwykle gładziutka i przyjemna w dotyku – a co najważniejsze ten efekt utrzymuje się już kilka dni. Zauważyłam też zmniejszenie ilości niechcianych wyprysków. 
Niestety pory są widoczne tak jak były, więc w tej kwestii brak jakiejkolwiek poprawy. 
Zdecydowanie mam ochotę powtórzyć ten maraton, tym razem moim celem będzie ujędrnienie skóry i zmiejszenie świecenia strefy T. 


WNIOSEK 2. CZY OPŁACA SIĘ UŻYWAĆ MASEK W PŁACIE?
Nie ukrywam, że często wybieram maski jednorazowe, bo są “czyste w obsłudze”, niezwykle wygodne w aplikacji i często nie wymagają spłukiwania. Szybko, miło i tanio… no właśnie tutaj tkwi problem, bo ceny takich maseczek często sięgają kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu złotych. 
W maseczkach w płacie brakuje mi powtarzalności, bo zazwyczaj sięgam po daną sztukę tylko raz i nie mogę być pewna czy efekty jakie uzyskałam to zasługa produktu, czy skóra miała po prostu lepszy dzień. 
Postanowiłam sobie, że od teraz skupię się na maskach w większych opakowaniach, które co prawda są droższe, ale jakby się tak zastanowić to jeden zabieg kosztuje nas taniej, a jeśli efekty są zadowalające to pieniądze nie poszły w las. 
Podsumowując ten tydzień był świetnym doświadczeniem i pozwolił mi bliżej poznać się z zapomnianymi maseczkami. Z czystą przyjemnością sięgam teraz po duet Tołpy oraz łagodzącą maskę Buna – te kosmetyki warte są grzechu. 
Lubicie maseczki? Po jaki rodzaj najczęściej sięgacie?
Mam wrażenie, ilość posiadanych przeze mnie paletek do makijażu już dawno przekroczyła zapotrzebowanie statystycznej kobiety. Nie wiem czy to już podchodzi pod obsesję, ale w ostatnim czasie mam ochotę na więcej i więcej. Do tej pory nie byłam zwolenniczką wydawania dużo pieniędzy na jeden produkt, ale miałam chęć posiadania choć jednej paletki Huda Beauty w końcu wzięła górę. Do zakupu przymierzałam się dobre dwa miesiące i w końcu promocja -20% na całą markę w sklepie Cult Beauty przekonała mnie do zakupu.
Wspominałam już, że byłam zdecydowana na konkretną paletkę? Dokładniej mowa o Huda Beauty Obsessions Mauve, ale kiedy weszłam na stronę sklepu moim oczom ukazała się ONA, pięknie nasycona ciepłymi kolorami paleta – Coral Obsessions, której w PL jeszcze nie ma. To była miłość od pierwszego wejrzenia, więc bez wahania dokonałam zakupu. Obiecałam sobie jednak, że i Mauve w końcu trafi w moje ręce. 
HUDA BEAUTY – CORAL OBSESSION: OPAKOWANIE, KOLORY, PIGMENTACJA




Paletka zamknięta jest w niewielkich rozmiarów kartonowe opakowanie zamykane na magnesik ( który swoją drogą trzyma niezawodnie ), wyposażona w lusterko. Kryje w sobie 9 absolutnie pięknych odcieni w ciepłej tonacji. ( muszę przyznać, że zanim trafiła w moje ręce wyobrażałam sobie ją nieco większą ). Kolory są intensywne i (zaskakująco?) mocno napigmentowane, z czego aż 7 to maty, a 2 to błyszczące a’la foliowe cienie. 

CORAL OBSESSIONS: SWATCHE


Swatche mówią same za siebie, kolory są absolutnie boskie i pigmentacja robi naprawdę spore wrażenie. Warto dodać, że nie używałam do ich zrobienia żadnej bazy, a aplikacja odbyła się za pomocą palca – na sucho. Cienie można również bez problemu aplikować na mocno, gdyby brakowało Wam intensywności. Zazwyczaj do nakładania używam tanich pędzli z Aliexpress, a cienie blendują się i łączą bez najmniejszego oporu. Nie również problemu z osypywaniem się. 


PALETA HUDA BEAUTY: MAKIJAŻ




Nie ukrywam, że lubię kiedy na oku dużo się dzieje i choć nie jestem profesjonalistką to uwielbiam bawić się z kolorami. Paletka daje naprawdę ogrom możliwości i spore pole do popisu, więc na obecną chwilę jeszcze się poznajemy.  Naprawdę ciężko mi zdecydować, który kolor jest moim ulubionym. 
Podsumowując Coral Obsessions świetnie wpisuje się w aktualne trendy w makijażu, paletka jest niewielka ale niesamowicie naładowana kolorami o niezwykle intensywnej pigmentacji. Jeśli lubicie makijaż w ciepłych tonach to stanowczo Wam ją polecam. Uwierzcie, można nią zdziałać cuda! 
Co sądzicie o tej paletce? Lubicie markę Huda Beauty?