Category

Uncategorized

Czerwiec jak co roku jest bardzo ważnym miesiącem dla mojego bloga, w tym miesiącu obchodzi on urodziny. Nie mogę uwierzyć, że działam w sieci już 5 lat! To chyba najbardziej wytrwały projekt w moim życiu i wciąż nie mam dość. 
Na wstępie pragnę podziękować Wam za obecność, każdą aktywność i wsparcie, to dzięki Wam wiem, że to co robię ma sens. Najchętniej podzieliłabym się z Wami tortem, ale niestety online jest to niemożliwe więc mam dla Was rozdanie z bardzo piękną i wartościową nagrodą. Szczegóły znajdziecie na końcu posta. 
Przez 5 lat mojego działania w blogosferze przeżyłam mnóstwo blogerskich przygód, poznałam ogrom ludzi i przetestowałam całą masę kosmetyków. Wiele się w moim życiu zmieniło, bardzo wiele się nauczyłam a blogowanie stało się moim sposobem na życie. Jeśli umknęła Wam ta informacja to wróciłam na Youtube gdzie regularnie dodaję filmy, a na bieżąco z moja codziennością będziecie śledząc mnie na Instagramie
Czas na najbardziej wyczekiwany punkt dzisiejszego wpisu czyli prezent dla Was w postaci rozdania!
Do zgarnięcia jest ekskluzywny zestaw: zegarek Bowery White Grey + dodatkowy pasek Mesh Rose Gold, a całość ma wartość ponad 560 złotych!
Rozdanie odbywa się na MOIM INSTAGRAMIE, a jedynymi warunkami udziału jest obserwacja mojego profilu i odpowiedź na pytanie konkursowe wraz z oznaczeniem dwóch przyjaciółek, które koniecznie muszą dowiedzieć się o zabawie. Szczegóły znajdziecie klikając w zdjęcie konkursowe. 

Jakie blogi najchętniej czytacie? 

Ciekawa jestem również Waszych ulubionych tematów na blogach?

Projekt Denko to zdecydowanie jeden z Waszych ulubionych tematów na moim blogu i bardzo mnie to cieszy, bo lubię pisać zbiorowe recenzje, a puste opakowania świadczą o tym, że miałam wystarczająco sporo czasu na wyrobienie sobie opinii o produktach. Wiem, że zabrzmi do dość dziwnie, ale bardzo mnie cieszy, gdy dobijam do dna danego kosmetyku, bo przy ilości produktów, które trafiają w moje ręce mogłabym mieć całą masę pootwieranych kosmetyków, więc brawo dla mnie za wytrwałość! Dzisiejsze zestawienie poświęcone jest wyłącznie pielęgnacji, także nie przedłużając zapraszam do dalszej części. 
WŁOSY



W tej kategorii otwartych kosmetyków mam zdecydowanie za dużo, więc skupiłam się na kilku produktach, których zużycie było największe i udało się wykończyć trzy produkty. 
Duet od Equilibra: szampon oraz odżywka o bardzo przystępnym składzie ( 98% pochodzenia naturalnego ) i wysokim stężeniu aloesu ( aż 20%).  Niestety przekonałam się, że aloes nie do końca dobrze wpływa na moje włosy. Co prawda oba produkty były przyjemne w użyciu, dobrze oczyszczały zarówno skórę głowy jak i same włosy, ale czegoś mi zabrakło do zachwytu. Moje włosy są wysoko-porowate i bardzo przesuszone ze względu na częste farbowanie i jak widać, aloes nie jest tym, czego aktualnie im potrzeba. Nie mniej jednak oba produkty nie miały na nie negatywnego wpływu, więc ogólna ocena jest na plus. 
Serum Syoss z linii SalonPlex wszyscy doskonale znają. Do mnie trafił w ramach prezentu, bo pewnie sama nie sięgnęłabym po niego w sklepie. Na plus zdecydowanie zasługuje opakowanie z wygodną pompką i gęsta, wydajna konsystencja. Dobrze oceniam także działanie na włosy: dobrze zabezpiecza końcówki, wygładza je bez obciążania. Niestety nie zauważyłam poprawy kondycji włosów, na czym zależało mi najbardziej. Efekt krótkotrwały, utrzymujący się do kolejnego mycia więc nie sięgnę po kolejne opakowanie. 
KĄPIEL 



W tej kategorii produkty zużyłam masowo, bo lubię bąbelki i pięknie pachnącą kąpiel, a przy tym wszystkim nie lubię przepłacać. Na pierwszy rzut płyn do kąpieli Isana z wyciągiem z kwiatu wiśni, którego plusy to przede wszystkim wielkie opakowanie i niska cena. Dodatkowo ładnie pachnie, delikatnie zmiękcza wodę i uprzyjemnia kąpiel. Nigdy sobie go nie żałuję, bo po prostu lubię pianę. Tej samej firmy często sięgam po żele pod prysznic – tym razem padło na zapach mango z wodą kokosową, jeden z moich ulubionych. Podobnie jak płyn jest niedrogi i ma absolutnie piękną woń. Cóż dodać – bardzo go lubię i często po niego sięgam. Kolejny żel to limitowany jednorożec od Balea, który jak myślę jest zagranicznym odpowiednikiem Isany. Jego cena jest równie przystępna ale nie jest już tak łatwo dostępny. Ładnie pachnie ale niestety zapach szybko się ulatnia i poza ładnym opakowaniem nie za bardzo mnie zachwycił. Trzeci żel trafił do mnie w kampanii Zmysłowy Duet od Le Petit Marseillais. Nie wiem czemu, ale opakowanie jakoś do mnie nie przemawia, jego kształt jest mało poręczny i wydaje się być nieco męski. Zapach za to bardzo polubiłam – śródziemnomorski granat pachnie naprawdę wiosennie. Ogólnie to jeden z tych żeli, który niczym specjalnie się nie wyróżnia, ale na wiosnę jak najbardziej go polecam. 
CIAŁO 



Sama się dziwię, że znalazły się tutaj tylko dwa produkty – nie jestem pewna czy czasem nie umknęło mi jakieś opakowanie. Przechodząc do konkretów – na początek mój wiosenny hit – mus do ciała od Nivea. Uwielbiam jego świeży zapach zielonego ogórka i herbaty matcha. Konsystencja lekka, szybko się wchłania i daje odpowiedni poziom nawilżenia. Przeznaczony do suchej skóry choć jak dla mnie sprawdzi się u każdego. Dzięki piankowej konsystencji produkt jest bardzo wydajny, choć wielkość opakowania na to nie wskazuje. Drugi kosmetyk to również jeden z moim ulubionych, co w przypadku antyperspirantów nie małe wyróżnienie. Stick Mineral Touch od Dove ma bardzo przyjemny zapach i radzi sobie z ochroną przed potem zdecydowanie lepiej od konkurencji. Nie jest idealny, ale umiarkowanie dobry. To moje trzecie opakowanie i póki co, nie znalazłam lepszego. 
TWARZ



Pielęgnacja twarzy zmienia się u mnie w zależności od potrzeb i pory roku. Zestaw Japoński Rytuał od Marion gościł u mnie głównie zimną, a duet płyn do mycia twarzy oraz tonik to tylko jego część. 
Oba produkty bardzo przypadły mi do gustu, szczególnie tonik, z którym bardzo się polubiłam. Bardzo cenię sobie atomizery w tego typu produktach, bo sprawia on, że kosmetyk jest niezwykle wydajny, a aplikacja jest przyjemna i dokładna. Żel dobrze sprawdzał się do codziennego oczyszczania twarzy, nie miał jednak wpływu na poprawę kondycji mojej cery. Na plus szata graficzna, która jest naprawdę przyjemna dla oka. Myślę, że cała seria to krok w kierunku koreańskiej pielęgnacji ale po naszemu. Krem na noc od Clinique, wraz z całym zestawem Moisture Surge był moim prezentem świątecznym. Niestety produkty miały różną pojemność, więc obecnie został mi tylko krem na dzień. Krem na noc miał lekką, odrobinę żelową konsystencję, dzięki czemu błyskawicznie się wchłaniał. Bardzo polubiłam poziom nawilżenia jaki dawał krem, nie czułam lepkiego filmu na skórze. Myślę jednak, że zima nie była idealną porą roku na tak lekkie konsystencje, więc z przyjemnością powrócę do tego zestawu latem. 
Cztery kategorie i sporo ciekawych produktów za nami, jestem ciekawa, czy znacie któryś z nich? Muszę zrobić selekcję w kolorówce, szczególnie zwrócić uwagę jak długo dane produkty są ze mną. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawy, że nie należy używać przeterminowanych kosmetyków. Mam nadzieję, że niebawem opowiem Wam więcej o terminach przydatności konkretnych produktów. 
Lubicie czytać denka? 
Odkąd zostałam mamą zmieniło się u mnie bardzo wiele, ale jedno pozostało takie samo – nadal uwielbiam zakupy. Niestety chodzenie po galerii z wózkiem nie należy do najwygodniejszych, dlatego większość ubrań zamawiam online. Jest bardzo wygodna opcja, a przy okazji ceny często są dużo niższe. Moja szafa niestety nie jest bez dna, dlatego dzisiaj opowiem Wam o moim sposobie, dzięki któremu nigdy nie mam za dużo ciuchów, zawsze mam się w co ubrać i co nie co przy tym zarobię. 
Średnio raz na dwa miesiące robię pełny przegląd szafy, dzięki czemu doskonale wiem, w których ubraniach chodzę na okrągło, a po które sięgam bardzo rzadko. W ten sposób robię selekcję i zostawiam tylko te ciuchy, które faktycznie będę nosić. Resztę przygotowuję do sprzedaży. Często mam tak, że kupuje coś pod wpływem chwili a później okazuje się, że kompletnie dana rzecz do mnie nie pasuje więc nie ma sensu trzymać jej na siłę. 
JAK SPRZEDAJĘ UBRANIA ONLINE?
1. Każdą rzecz piorę, dokładnie sprawdzam i oceniam jej stan. 
2. Fotografuję każde ubranie – najlepiej na sobie, a jeśli nie mam takiej możliwości to tworzę kompozycję na podłodze. Uwierzcie – dobre zdjęcia to 80% sukcesu w sprzedaży. Warto zadbać o ogólną estetykę i czyste tło. 
3. Opisuję dokładnie ubranie zaznaczając rozmiar, wymiary, wszelkie wady i zalety oraz określam cenę. Przy wycenie zawsze biorę pod uwagę to jaką kwotę zapłaciłam oraz ogólny stan. Musicie mieć na uwadze, że ubranie jest używane, a kupujący musi opłacić jeszcze wysyłkę więc łączna kwota musi nadal atrakcyjna. 
Stron, na których wystawić możecie swoje ubrania jest całkiem sporo. Ja często korzystam z allegro.pl, szafa.pl bądź vinted.pl 


Właśnie ruszyła moja wyprzedaż szafy – zapraszam tutaj zainteresowanych!

4. Bardziej atrakcyjne rzeczy wystawiam pojedynczo, a przy tych mniej wartościowych tworzę zestawy/ komplety ubrań czyli sporo ciuchów w niskiej cenie. 




5. Na sprzedaży i zapłacie przez kupującego moje zadanie się nie kończy. Przede mną ważny etap – pakuję paczkę i biegnę na pocztę…. tak było dawno temu. 
Znalazłam zdecydowanie wygodniejsze rozwiązanie – stronę furgonetka.pl, dzięki której w kilku prostych krokach wycenię koszt przesyłki a następnie zamówię kuriera, który odbierze paczkę bezpośrednio ode mnie. Na stronie dostępnych jest aż 10 firm kurierskich, takich jak DHL, DPD, UPS czy Inpost, więc nie mam problemu z wybraniem najkorzystniejszej dla mnie oferty. 
Nadawanie paczek nigdy nie było tak wygodne, a to wszystko nawet 70% taniej i bez wychodzenia z domu. Na hasło “newuser” dodatkowo zniżka 10%. 
5. Teraz mogę cieszyć się zarobionymi pieniędzmi i samemu poszukiwać kolejnych ubraniowych perełek. 
KUPOWANIE UŻYWANYCH UBRAŃ TO NIE WSTYD
Sprzedawanie ubrań w sieci jest trochę jak wizyta w second handzie, a ja bardzo lubię łowy w lumpeksach. Już dawno minęły czasu, w których kupowanie używanych ciuchów było obciachem. Często nie tylko sprzedaję ale i kupuję ubrania online, dzięki czemu moja garderoba się nieustannie zmienia, a ciuchy nie zdążą mi się znudzić. Przy okazji można trafić na perełki ubraniowe, których nikt w okolicy nie ma, a często mam wrażenie, że we wszystkich sieciówkach jest to samo. 
Jestem ciekawa waszej opinii na ten temat. Lubicie kupować ubrania online, a może same robicie wyprzedaż szafy w sieci? 
Czytając mojego bloga doskonale wiecie, że jestem fanką lakierów hybrydowych. Co prawda nie jestem mistrzem wzorów, jednak bardzo sobie cenię trwałość i odporność tego rodzaju manicure. Rzadko ulegam reklamom, ale muszę przyznać, że kiedy usłyszałam o nowej bazie peel off od Neess ciekawość wzięła górę. Marka prowadziła swoje warsztaty na tegorocznym Meet Beauty, podczas których mogłam zaznajomić się z produktem i jego zaletami ( o wadach przecież się nie mówi ). Bazę znalazłam również wśród upominków z konferencji, więc postanowiłam bliżej jej się przyjrzeć i nie ukrywajmy – poddałam ją intensywnym testom. Dzisiaj zebrałam moje wszystkie uwagi w całość i zapraszam Was na recenzję tej (nie ukrywajmy) rewolucyjnej bazy. Jak myślicie, będzie hit czy kit?
BAZA PEEL OFF – JAK TO DZIAŁA?
Nie ma co ukrywać – baza,  która przy zachowaniu trwałości hybryd (według producenta 14 dni) ściąga się bez użycia acetonu w kilka chwil wydaje się być prawdziwą rewolucją w manicure. 
Warto po krótce przyjrzeć się sposobie, w jaki należy ją aplikować:
1. Przecieramy paznokcie cleanerem, nie matowimy płytki paznokcia;
2. Nakładamy cienką warstwę uwzględniając wolny brzeg, nie utwardzamy w lampie;
3. Po minucie nakładamy drugą nieco grubszą warstwę i ponownie czekamy 60s;
4. Nakładamy dowolny kolorowy lakier hybrydowy i utwardzamy jak zwykle;
5. Zabezpieczamy paznokieć topem i utwardzamy jak zawsze.
Ściąganie różni się znacznie od tradycyjnych hybryd, a zarazem jest proste i szybkie. Do usunięcia hybryd potrzebujemy wyłącznie drewnianego patyczka bądź radełka, którym podważamy lakier z brzegu paznokcia, całość odchodzi bez większego problemu. Przemywamy cleanerem i koniec. 
W ten sposób unikamy ingerencji acetonu oraz konieczności piłowania płytki paznokcia, co z pewnością wydaje się być doskonałym rozwiązanie, bo oszczędzamy przy tym sporo czasu. Warto dodać, że baza przeznaczona jest wyłącznie dla krótkich paznokci.
ZALETY  STOSOWANIA BAZY PEEL OFF
1. Nie do końca wiem czy można uznać to za plus, ale trwałość ( w moim przypadku ) lakierów zaaplikowanych na bazę peel off jest porównywalna do zwykłej hybrydy. Uznaję to za zaletę, bo spodziewałam się gorszego wyniku. Średnio jest to dwa tygodnie, choć w tym czasie zdarzały się małe odpryski. Testowałam ją zarówno z lakierami Neessa jak i innymi markami. 
2. Ściąganie hybryd to zdecydowanie największa zaleta, dzieje się to szybko i bez zbędnych produktów tj. aceton. W większości przypadków udało mi się ściągnąć cały paznokieć, a cały zabieg jest bezbolesny i bezzapachowy. 

JAKIE WADY MA BAZA PEEL OFF?


1.  Konsystencja bazy szybko zastyga/gęstnieje, więc po każdym użyciu trzeba zakręcić buteleczkę, niestety ja nie mam tego zwyczaju, gdyż zwykle robię to dopiero po skończeniu całego manicure. Podobnie jest z jej aplikacją – trzeba robić to szybko i konkretnie, poprawki raczej nie wchodzą w grę. 
2.  Baza zaaplikowana na paznokciach zostawia mocno lepką warstwę i jeśli nie nałożymy idealnie równo na nią koloru/topu to przylega do niej każdy pyłek czy kurz. U mnie niestety ten problem pojawił się za każdym razem, nie jestem mistrzem w malowaniu pod skórki. 
3.  Przyczepność bazy, jak i całego manicure to jedna wielka niewiadoma. Po kilku dniach na krawędziach ( szczególnie przy długich paznokciach ) można zauważyć minimalna szparę. Oczywiście, jeśli nie będziemy przy tym dłubać to paznokieć będzie się trzymać…ale niestety w tej szparce gromadzi się brud i bakterie. ( Mam nadzieje, że widzicie to na zdjęciach, choć nie chciałam dawać zbliżenia bo to totalnie nieestetyczne.) Niestety jest to powód, przez który nie zamierzam dalej używać bazy peel off.


Góra: manicure dzień 16., paznokcie od dołu – spójrzcie na ten osad pomiędzy paznokciem a bazą,
Dół: stan paznokci po usunięciu hybryd, zdjęte hybrydy ( widzicie ten brud? )
4. Ściąganie hybryd co prawda jest szybkie i proste, ale niestety ma negatywny wpływ na płytkę paznokcia, która jak możecie zobaczyć jest poważnie uszkodzona. Co prawda przedstawiciel zapewnia, że to nic groźnego, ale mam wobec tego poważne obiekcje. Za każdym razem zmuszona jestem do zmatowienia płytki blokiem polerskim, bo sam cleaner nie jest w stanie zneutralizować lepkiej warstwy, która pozostaje po bazie. 
5. Baza nie nadaje się do długich paznokci, gdyż jak byśmy nie zabezpieczyli brzegu to robią się odpryski. Miałam tego świadomość, więc to taki niewielki minus – po prostu nie jest to produkt dla każdego. 
PODSUMOWANIE 

Bazy peel off nie nazwałabym rewolucją, ale dobrym krokiem w jej stronę. Jest to produkt, który ma w sobie jakiś pomysł, ale nie do końca jest to przemyślane i skuteczne. Myślę, że dla osób o bardzo krótkich paznokciach taka baza może mieć sens, gdyż nie powinno być problemu ze zbierającymi się brudami między płytką a produktem, co u mnie odstraszyło najbardziej. Na obecną chwilę nie skreślam całkowicie tej bazy, ale sam swoim paznokciom nieco odpocząć ( używałam jej 3 razy pod rząd ). Może wrócę do niej, gdy znudzą mi się moje długie szpony. 
Miałyście okazję wypróbować tę nowość od Neessa? Ciekawa jestem waszych spostrzeżeń. 
Ściskam! 
Uwielbiam brać udział w akcjach, dzięki którym poznaję nowości kosmetyczne, bo tworzę tutaj miejsce pełne rzetelnych recenzji i wiem, że ufacie moim wyborom. W ubiegłym miesiącu informowałam Was, że zostałam ambasadorką sieci drogerii Noel i kilka dni temu wpadła w moje ręce kolejna przesyłka od sklepu. Moje zadanie to przede wszystkim testowanie kosmetyków i zdanie Wam relacji – czy produkty są ciekawe i warte uwagi czy wręcz odwrotnie. Openbox oczywiście miał już miejsce na moim Instastory, a dzisiejszy wpis będzie także wstępną recenzją, gdyż postanowiłam bliżej zapoznać się z kosmetykami.  Jesteście ciekawi zawartości? 




W przesyłce znalazłam aż 6 produktów, w tym kosmetyki zarówno do pielęgnacji jak i makijażu, a także akcesoria. Drogeria Noel postanowiła sprawić również małą niespodziankę mojemu mężowi w postaci nowego zapachu STR8 – AHEAD. Perfumy mają niezwykle elegancki flakon – czerń i złoto, genialne połączenie kolorów i w mojej ocenie wygląda to po prostu seksownie. Sam zapach jest świeży oraz niezwykle męski – bardzo mi się podoba i cieszę się, że tak będzie teraz pachnieć mój mężczyzna.  



Muszę przyznać ze mam małą obsesje na punkcie pędzli do makijażu i widząc kolejny do kolekcji bardzo się ucieszyłam. W moje ręce trafił pędzel skośny do konturowania marki Donegal z kolekcji Jungle.  Ma bardzo ładny cieniowany trzonek w pastelowych odcieniach i  niezbyt gęste ale miękkie syntetyczne włosie. Przyjemnie się nim pracuje, ale nie wywarł na mnie większego wrażenia. Pędzel przeznaczony jest nie tylko do bronzera, ale również do różu. 
Myślę, że będzie dobry dla początkujących i niezbyt wymagających pasjonatek makijażu, bo nie da się nim zrobić “krzywdy”.

Uwielbiam testować kolorówkę i pod tym względem drogeria mnie nie zawiodła bo w przesyłce znalazły się aż dwa kosmetyki do makijażu. Pierwszy z nich to podkład PAESE z jedwabiem Long Cover w kolorze 01N, czyli najjaśniejszym z gamy beżów. Fluid zamknięty jest w szklanym opakowaniu o pojemności 30 ml. Zaskoczył mnie aplikator, który jest w formie pacynki, ale póki co takie rozwiązanie się sprawdza i jest całkiem wygodne. Krycie określiłabym jako lekkie w kierunku średniego, choć można je budować bez efektu maski. Trwałość oceniam całkiem pozytywnie bo co prawda podkład nie wytrzymał całego dnia w idealnym stanie, ale miał naprawdę trudne warunki – sami wiecie jakie upały panują na dworze. Z pewnością dam mu się jeszcze wykazać. 




Drugi produkt z kolorówki to maskara Multilashes z czynnikiem stymulującym wzrost rzęs – produkt marki Joanna, który ma podwójne działanie. Połączenie dwóch funkcji wydaje się być bardzo intrygujące – chyba że ktoś tak jak ja nie używa codziennie tej samej maskary. W takim przypadku ciężko o prawidłowe działanie serum, a mniemam ze systematyczność jest tutaj kluczem. 



Skupie się wiec na samej maskarze, a właściwie na jej szczoteczce, która jest silikonowa i wydaje się być nie pozorna, ale całkiem dobrze radzi sobie z rozdzieleniem rzęs i przy dwóch warstwach efekt końcowy jest zadowalający. Spróbuje poddać ją intensywniejszym testom aby ocenić czy faktycznie ma działanie stymulujące wzrost włosków. W tej chwili uważam, ze kosmetyk warty zainteresowania. 




W pielęgnacji zaskoczył mnie krem do rąk SAITO SPA a właściwie jego pojemność, bo to aż 150 ml. Zwykle moje kosmetyki do pielęgnacji do dłoni mają niewielkie – torebkowe opakowania, więc ten zagości na łazienkowej półce. Zapach to połączenie gruszki i kiwi, które jest dość zaskakujące aczkolwiek bardzo przyjemne. Krem daje odpowiednie nawilżenie, szybko się wchłania. Potraktowałam ten produkt trochę jak balsam, bo przy stosowaniu wyłącznie na dłonie stałby u mnie w nieskończoność. W składzie znajdziemy m.in masło Shea, oliwę z oliwek czy ekstrakt z aloesu więc działanie na skórę jest bardzo przyjemne. 



Drugi produkt intryguje nie tylko swoją nazwą ale również zapachem. Fitokoktajl do mycia ciała marki Biały Jeleń, to nic innego jak żel pod prysznic będący kosmetykiem w pełni wegańskim. Ma działanie regeneracyjne i dedykowany jest skórze wrażliwej. Skład jest bardzo przystępny z gliceryną na drugim miejscu. Zapach to połączenie bakłażana oraz buraka i uwierzcie mi – pachnie zaskakująco..ładnie, wręcz obłędnie! Bardzo przyjemnie oczyszcza skórę i pozostawia ją gładką, a woń odczuwalna jest na skórze nawet następnego dnia. Oj, polubiłam się z tym kosmetykiem. 



To już cała zawartość majowej paczki ambasadorskiej, jeśli ciekawi Was jak wypadła kolorówka w testach na żywo to odsyłam Was na mój Instagram, gdzie w wyróżnionych relacjach testuję zarówno podkład jak i maskarę. Z całej przesyłki najbardziej urzekł mnie ten fitokoktajl marki Biały Jeleń oraz wspomniany już kosmetyk Paese, choć każdy z produktów znajdzie u mnie zastosowanie. W zakupach przez Internet fajne jest to, że jest po prostu taniej, więc jeśli nie znacie jeszcze drogerii Noel to koniecznie zapoznajcie się z jej asortymentem. 



Który z kosmetyków najbardziej Was zaciekawił? 



Kosmetyki do pielęgnacji to temat, który zdecydowanie dominuje na moim blogu i choć uwielbiam o nich pisać, to niestety do przygotowania rzetelnej recenzji potrzebne jest sporo czasu na testy. Warto jednak czekać na efekty, bo kupowanie w ciemno produktów może okazać się stratą pieniędzy. Rynek kosmetyczny idzie jednak w dobrą stronę, a kosmetyki o naturalnym składzie stają się coraz bardziej powszechne i dostępne, dlatego moje wymagania odnośnie produktów są coraz większe. Kilka miesięcy temu do swojej codziennej pielęgnacji dołączyłam serum i długo nie musiałam szukać, aby trafić na absolutną perełkę w tej kategorii.

Resibo będące Polską marką kosmetyków naturalnych wyróżnia się nie tylko dobrymi i egzotycznymi składami, ale niebanalną, wręcz nieszablonową szatą graficzną. Opakowania produktów są spójne i mocno przemyślane, a także przyjemne dla oka. Każdy z produktów zapakowany jest w kartonową tubę, która swym wyglądem i strukturą nawiązuje do natury. 




Firma intrygowała mnie od dawna i skuszona pozytywnymi opiniami zdecydowałam się na kilka produktów, w tym serum naturalnie wygładzające, które kryje w sobie aż 99% naturalnych składników. Nie ukrywam, że ze względu na dość wysoką cenę ( 129 złotych ) miałam wobec niego dość wygórowane oczekiwania.  



Dużą uwagę zwracam na naturalność kosmetyków, więc warto przyjrzeć się składowi:
– Prunus Amygdalus Dulcis Oil ( olej ze słodkich migdałów )
– Vitis Vinifera Seed Oil ( olej z pestek winogron ) 
– Sclerocarya Birrea Seed Oil ( olej marula )
– Squalane, Mauritia Flexuosa Fruit Oil ( skwalan roślinny, emolient )
– Borago Officinalis Seed Oil ( olej z ogórecznika lekarskiego ) 
– Caprylic/Capric Triglyceride ( emolient )
– Ascorbyl Tetraisopalmitate ( syntetyczna pochodna witaminy C )
– Tocopherol ( witamina E )
– Lavandula Stoechas Extract ( ekstrakt z lawendy motylej )
– Pistacia Lentiscus Gum ( drogocenna żywica z wyspy Chios )
– Parfum ( substancja zapachowa )
– Linalool, Geraniol ( składniki substancji zapachowej, mogą uczulać )

I to właśnie lubię, krótki i treściwy skład i co najważniejsze zgodnie z obietnicą producenta bardzo naturalny. Zawarte w serum olejki mają bardzo szerokie spektrum działania, więc warto produktem się zainteresować. 



WYGLĄD, KONSYSTENCJA, ZAPACH

Serum zamknięte jest w szklany flakon o pojemności 30 ml z bardzo precyzyjną pipetą ułatwiającą aplikacje produktu. Jej konstrukcja jest bardzo przemyślana, gdyż napełnia się do połowy, a produkt nie wypływa z niej bez naszej ingerencji. Swoim wyglądem nawiązuje do opakowania, wszystko razem tworzy estetyczną jedność w bardzo stonowanej kolorystyce.  Konsystencja jest płynna i powiedziałabym “tłusta”, bo jak widać po składzie serum to w dużej mierze miks wartościowych i dość egzotycznych olejków. Kolor jest delikatnie żółty, przypominający zwykły olej. Zapach należy do tych naturalnych bądź jak kto woli roślinnych, ale w żaden sposób nie drażniących czy zbyt męczących. Przy dłuższym stosowaniu nie zwracam na niego większej uwagi. Nie wyczuwam żadnych sztucznych aromatów co zdecydowanie jest zaletą. 



DZIAŁANIE I EFEKTY

Produkt jest niesamowicie wydajny, zaledwie kilka kropel w zupełności wystarczy na aplikację całej twarzy, szyi i dekoltu ( warto aplikować je nie tylko na buzię! ). Nie każdemu przypadnie do gustu fakt, że serum potrzebuje sporo czasu na wchłonięcie i pozostawia lekko lepką warstwę. Sama należę do osób, które lubią kiedy wszystko dzieje się szybko, jednak w przypadku tego olejku uwielbiam ten czas oczekiwania. Mam wrażenie, że siedzę z wchłaniającą się maseczką. Rano niestety nie mam aż tyle czasu, więc serum stosuję wyłącznie na wieczór – często odpuszczając już kolejny krok w postaci kremu. Produkt natychmiast daje tak rewelacyjne uczucie nawilżenia, że dodatkowe kosmetyki są po prostu zbędne. 

Na zauważalne efekty stosowania serum trzeba nieco poczekać, nic nie dzieje się od razu. Co prawda zaraz po aplikacji czuję mocną dawkę nawilżenia, ale aby móc w pełni ocenić działanie kosmetyku potrzebne jest minimum 3 tygodnie regularnego stosowania. Po tym czasie zauważyłam, że cera jest bardziej miękka, zdecydowanie gładsza i  sprężysta oraz miła w dotyku, a także po prostu wygląda lepiej. Dodam również, że moja cera przetłuszcza się w strefie T oraz jest przesuszona na policzkach. Serum nie uczuliło mnie, ani nie zapchało moich porów. 



CZY WARTO KUPIĆ SERUM RESIBO?

Początkowo wysoka cena zniechęca do zakupu, ale biorąc pod uwagę skład produktu i jego niesamowitą wydajność uważam, że jest do dobra inwestycja dla naszej cery. Producent obiecuje naprawdę wiele i w pełni się z nim zgadzam. Serum zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie i rewelacyjnie działa na moją cerę. Szata graficzna produktu to po prostu bajka i zachwycam się nią przy każdym użyciu. Serum gościu u mnie od półtorej miesiąca a zużycie jest na poziomie 20% ( dodatkowo odlałam kilka ml mojej mamie na wypróbowanie ). Z czystym sumieniem polecam zakup serum, a sama ochoczo sięgnę po inne kosmetyki Resibo. 




MOJE ODKRYCIE: Kiedy nie mam zbyt wiele czasu na wieczorną pielęgnację łączę na dłoni serum z kremem na noc i taką mieszankę nakładam na twarz, a całość wchłania się zdecydowanie szybciej.
Warto dodać, że serum to kosmetyk oparty głównie na olejach, więc bardzo ważne jest oczyszczanie i regularne złuszczanie naskórka. Inaczej możliwe jest uczucie pogorszenia stanu cery. Pamiętajcie, że pielęgnacja to nie tylko pojedyncze kosmetyki, ale kilka ważnych etapów bez których żaden, nawet najdroższy kosmetyk nie zdziała cudu. 

Znacie markę Resibo i jej produkty?