Category

URODA

Nie ukrywam, że moje włosy są cholernie niesforne. Nic w tym dziwnego, skoro raz na trzy tygodnie męczę je koloryzacją. Niestety czerwień jest wymagającym kolorem, który przy wysoko-porowatych włosach dość szybko się wypłukuje. Długo szukałam produktów, które je ujarzmią, zapominając o innych problemach, z którymi zmagam się na co dzień. Łupież oraz wypadanie włosów są wynikiem nie tylko szalejących hormonów w ciąży, ale również częstej zmiany kosmetyków do pielęgnacji. Postanowiłam więc odstawić wszystkie produkty na bok i skupić się na oczyszczeniu skóry głowy i powstrzymaniu wypadających garściami włosów. Czy uporałam się z włosowymi problemami stosując kosmetyki Basiclab? 
 
W podstawowej pielęgnacji włosów postawiłam na trzy produkty marki BasicLab –  stymulujący szampon oraz odżywkę z linii Capillus na wypadanie włosów oraz szampon przeciwłupieżowy.  Dodatkowo używałam olejku Sesa ( na godzinę przed myciem ), jedwabiu CHI na końcówki, oraz olejku w sprayu Joico Luster-Lock, a także kapsułek wzmacniających włosy Vitapil Mama. Dzisiaj skupię się jednak wyłącznie na produktach Basiclab, choć z pewnością wszystkie produkty miały swój udział w tym, jak moje włosy wyglądają obecnie.

DERMOKOSMETYKI BASICLAB

Podczas organizowanego przeze mnie pod koniec lipca BeautyWRO miałam okazję poznać przedstawicieli marki BasicLab, który świetnie opowiedzieli o swoich produktach oraz o tym, jak prawidłowo pielęgnować włosy. Muszę się przyznać bez bicia, że dotychczas traktowałam swoje bez szacunku i nie zwracałam większej uwagi na to w jaki sposób je myć. Spotkanie z marką   uświadomiło mnie w błędach jakie popełniam niemal codziennie, dlatego też całkowicie zmieniłam podejście do takich czynności jak mycie szamponem czy nakładanie odżywki. Jak zawsze, detale mają znaczenie. Jeśli będziecie zainteresowani, to stworzę osobny wpis o tym jak prawidłowo pielęgnować włosy i jakie błędy z pewnością popełnia nie jedna z Was. Ważnie jest nie tylko to jakich produktów używamy, ale również sposób w jakie je aplikujemy. 
Produkty marki Basiclab są dermokosmetykami, dlatego też dostępne są głównie w aptekach – nie znajdziecie ich w żadnej drogerii.  Każdy z nich ma pojemność 300 ml i zamknięty jest w opakowaniu z pompką, za którą wielki ukłon w stronę marki. Można by powiedzieć, że to detal, ale niezwykle ułatwia aplikację kosmetyków. Szata graficzna jest spójna dla wszystkich produktów i prezentuje się niezwykle profesjonalnie. W kosmetykach nie znajdziemy SLS, SLES, MIT’u, PARABENÓW oraz PHENOXYETHANOLU. Termin ważności to zaledwie 6 miesięcy od otwarcia.

JAK STOSUJE PRODUKTY BASICLAB? 

Jako, że zależało mi na pozbyciu się dwóch problemów naraz – stosuje za każdym razem oba szampony. Najpierw przeciwłupieżowy, który po myciu wymaga przetrzymania go na włosach kilka minut, a następnie powtórka przy użyciu drugiego szamponu. Ani jeden ani drugi szampon nie pieni się niemal wcale, a zapach produktu choć ledwo wyczuwalny jest taki jakby…medyczny.  Następnie na odciśnięte z wody włosy aplikuje odżywkę częściowo wmasowując w skórę głowy, a częściowo w resztę długości. Odżywkę na włosach trzymam średnio 5-6 minut, a więc cały proces mycia głowy zajmuje całkiem sporo czasu, dlatego nie każdemu będzie to odpowiadać. Dodam również, że włosy myję średnio co drugi, trzeci dzień. Zestaw BasicLab gości u mnie od dwóch miesięcy a zużycie jest na poziomie 1/3 opakowania.

JAKIE EFEKTY PO DWÓCH MIESIĄCACH STOSOWANIA KOSMETYKÓW BASICLAB ? 

 
Nie ukrywam, że w stosunku do dermokosmetyków mam naprawdę wysokie wymagania i absolutnie się nie zawiodłam. Zacznę od problemu numer 1 – łupież, tutaj pozbyłam się jakichkolwiek oznak łuszczenia się skóry więc pełen sukces. Problem numer 2 – wypadanie włosów, w tym przypadku nie mogę powiedzieć, że włosy nie wypadają mi wcale, ale jest zdecydowanie mniej na szczotce a to już krok w dobrą stronę. Dodatkowo pojawiło się mnóstwo nowych baby hair, które co prawda odstają na lewo i prawo, ale i tak mnie cieszą! Jest to z pewnością zasługa nie tylko samych produktów Basiclab, ale także suplementacji oraz dodatkowemu specjalistycznemu olejkowi. Jeśli chodzi o kondycję moich włosów to do ideału jeszcze im daleko, ale ładniej się układają i są miększe w dotyku. Dodatkowo skóra głowa jest wyraźnie lepiej oczyszczona więc automatycznie włosy lepiej unoszą się u nasady. Plusów jak widać jest sporo, dlatego też nie zaprzestaję kuracji i kontynuuję ją przez conajmniej najbliższy miesiąc.

CZY POLECAM PRODUKTY BASICLAB? 

 
Po pierwsze bardzo podoba mi się zróżnicowanie kosmetyków tej marki, dlatego też każdy znajdzie odpowiednie dla siebie produkty. Dla włosów kręconych, farbowanych, blond, suchych, przetłuszczających się…od wyboru do koloru! Ceny szamponów i odzywek oscylują w granicach 50 złotych za sztukę, więc do najtańszych nie należą jednak zważywszy na skład i jakość to jest to dobra inwestycja. Osobiście jestem zadowolona z działania kosmetyków dlatego z czystym sercem mogę je Wam zarekomendować.
Jestem ciekawa czy znacie tę markę dermokosmetyków, a także jaki jest największy problem, z jakim zmagają się Wasze włosy?
Często pytacie mnie jakich kosmetyków używam na co dzień. Kiedyś pisałam Wam o mojej porannej pielęgnacji po koreańsku, dlatego dzisiaj skupię się na kosmetykach, których używam wieczorem. Kto śledzi mnie na bierząco doskonale Wie, że lubię mocne makijaże, więc produktom do demakijażu i oczyszczania wysoko stawiam poprzeczkę. Jak więc wygląda moje wieczorna rutyna? Zapraszam na zbiorową recenzję kosmetyków, które aktualnie testuję.



KONIECZNIE PRZECZYTAJ: PORANNA PIELĘGNACJA PO KOREAŃSKU 

WSTĘPNY DEMAKIJAŻ 

Wieczorną pielęgnację zaczynam od zmycia makijażu oczu, brwi oraz ust. W tym celu sięgam po dwufazowy płyn Hydrain3 od Dermedic, który dzięki niewielkim rozmiarom opakowania towarzyszy mi we wszystkich wakacyjnych wyjazdach. Płyn micelarny świetnie radzi sobie ze zmyciem nawet mocnych i kolorowych makijaży bez potrzeby pocierania wacikiem. Ma delikatny, ledwo wyczuwalny zapach, który absolutnie mi nie przeszkadza. Opakowanie ma minimalistyczny design oraz zamknięcie na klik, które sprawdza się bardzo dobrze w tego typu produktach.
 
 

OCZYSZCZANIE OLEJKIEM

Zanim przejdę do mycia twarzy żelem nakłam odrobinę olejku do demakijażu Resibo i okrężnymi ruchami masuję skórę, po czym spłukuję go letnią wodą. Ten kosmetyk doskonale rozpuszcza makijaż twarzy i przygotowuje cerę do dalszego oczyszczania. Olejek cechuje się rewelacyjnym składem, pięknie wyglądającym opakowaniem z pompką i  dość specyficznym zapachem, który niestety nie każdemu przypadnie do gustu. W zestawie z olejkiem jest ściereczka, jednak ja używam jednorazowych bawełnianych ręczniczków, które można dostać w każdej drogerii. Olejek ma rewelacyjną szatę graficzną i wygodne opakowanie z pompką.
 

DOGŁĘBNE OCZYSZCZANIE

 
Ostatnio w przyjemnością sięgam po żel z namiastką peelingu marki Nuxe z linii Aquabella. Produkt, jak i cała seria kosmetyków jest przeznaczona do cery mieszanej. Żel bardzo ładnie oczyszcza i wygładza skórę złuszczając martwy naskórek, a także usuwa nadmiar sebum. Ma delikatny, ledwo wyczuwalny zapach. Stosuję go nie tylko wieczorem, ale również rano. Skóra jest gładziutka i nie ma nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Żel zamknięty jest w tubce z zamknięciem na klik, z którym często mam problemy przy otwieraniu ( zatrzask trzyma cholernie mocno ).
 

PRZYWRÓCENIE PRAWIDŁOWEGO pH 

Zawsze, ale to absolutnie zawsze po spłukaniu twarzy wodą nakładam tonik. Od dłuższego czasu wybieram produkty z atomizerem, dlatego też obecnie testowany tonik-esencję od Nuxe przelewam do innej buteleczki, z którą aplikacja jest po prostu wygodniejsza. Kosmetyk również pochodzi z linii Aquabella i poza przywracaniem właściwego pH skóry zapewnia ukojenie, odświeżenie a także działa zwężająco na pory. Efekt po dłuższym czasie autentycznie jest zauważalny.

NAWILŻAJĄCY BOOST

Już od dłuższego czasu nie wyobrażam sobie pielęgnacji ( zwłaszcza wieczornej ) bez serum. Całkiem długo jest ze mną rewelacyjny produkt od Resibo, który ma konsystencję olejku i przez to nakładam go dosłownie odrobinkę ( niestety długo się wchłania ) bądź mieszam z kremem na noc ( w celu przyśpieszenia wieczornej rutyny ). Serum niesamowicie zmiękcza skórę i daje na prawdę treściwy poziom nawilżenia. Zamknięty jest w szklanym opakowaniu z pipetą, dzięki czemu bez problemu kontroluję ilość nakładanego serum.
 

NA KONIEC KREM 

 
Zdarza się tak, że z braku czasu moja pielęgnacja kończy się na serum, które i tak jest ogromną dawką nawilżenia lub po prostu łączę ze sobą dwa produkty. Ostatnio sięgam po krem z tej samej linii co tonik czy żel czyli Aquabella od Nuxe, którego konsystencja odpowiada mi bardziej w porannej pielęgnacji. Jest to właściwie emulsja matująca do cery mieszanej, ale według producenta sprawdza się zarówno na dzień jak i na noc. Nie do końca jestem zadowolona z opakowania gdyż z jednej strony ma fajną pompkę więc jest wygodnie i higienicznie a z drugiej nie jestem w stanie kontrolować ile produktu jeszcze zostało.
Obecnie jestem bardzo zadowolona ze stanu swojej cery, nawet pory wydają się być jakieś mniejsze. Oczywiście od czasu do czasu wyskoczy jakiś nieprzyjaciel ale to już ze względu na hormony i kobiece sprawy dlatego  ogólny stan oceniam pozytywnie.
Jestem ciekawa jakich kosmetyków obecnie używacie w swojej wieczornej pielęgnacji? 
Latem, kiedy temperatury na zewnątrz przekraczają 30 stopni staram się ograniczyć mój makijaż niemal do zera. Niestety przy takich tropikach nie ma opcji aby utrzymał się on dłużej niż 2-3 godziny, więc generalnie dochodzę do wniosku, że nie ma sensu się denerwować i spędzać dodatkowej godziny przed lustrem. Bywają dni, gdy wyjście bez makijażu nie stanowi dla mnie problemu, ale zdarzają się sytuacje, kiedy jest on absolutnie koniecznością. Zaczęłam więc szukać rozwiązania i spotkałam się z opinią, że całkiem nieźle radzą sobie kosmetyki mineralne i wiele z blogerek latem w szczególności sięga tylko i wyłącznie po takie produkty do makijażu. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie sprawdziła. Jak więc poradziły sobie kosmetyki mineralne Lily Lolo w starciu z moją wybredną cerą i tropikami panującymi na dworze? 

 

 
 
Nie ukrywam, że kosmetyki mineralne to dla mnie czarna magia, więc kierowałam się dwoma kryteriami: opinią w internecie oraz wyglądem opakowań. Do testów wybrałam więc produkty marki Lily Lolo, których designem zachwycam się od dłuższego czasu. Konkretnie w moje ręce trafiły: podkład, puder, zestaw do konturowania, cienie a także pędzel kabuki, więc wszystko co potrzebuję do dziennego makijażu.

LILY LOLO: PODKŁAD MINERALNY

 
Mój kolor to China Doll, który jest maksymalnie jasnym odcieniem beżu w neutralnych tonach. Początkowo ciężko było mi się przestawić z tradycyjnego płynnego podkładu na ten w formie sypkiej, jednak sama aplikacja przy pomocy pędzla kabuki to czysta przyjemność. Jak go używam? Odrobinę podkładu przesypuję do zakrętki opakowania, następnie okrężnymi ruchami nabieram produkt na pędzel, delikatnie otrzepuję z nadmiaru i wcieram w buzię zaczynając od środka.
Przy jednej warstwie efekt jest bardzo naturalny, a krycie delikatne. Z każdą kolejną warstwą stopniujemy krycie, choć w moim przypadku dwie są wystarczające. Uwaga! Praca z podkładem wymagacie cierpliwości, gdyż produkt potrzebuje dobrych kilkunastu minut aby w pełni zgrać się z cerą. Początkowo sama nie byłam pewna czy widać jakąś różnicę, jednak kilka chwil wystarczyło aby efekt był widoczny. Warto dodać, że podkład wzbogacony jest o SPF15, więc zapewnia dodatkowe zabezpieczenie przed promieniami słonecznymi.

SATYNOWY PUDER MINERALNY 

 
Tutaj w ramach odskoku od mocno matujących produktów wybrałam puder Flawless Silk o satynowym wykończeniu. Jego konsystencja jest absolutnie rewelacyjna, drobniuteńko zmielona i milutka w dotyku. Puder nie wchodzi w zmarszczki, a wręcz ładnie wygładza cerę dając bardzo naturalny efekt. Aplikuję go zwykle pędzelkiem omiatając twarz – tutaj wybieram największy z mojej kolekcji bądź ponownie sięgam po kabuki. Puder ma pojemność 4,5 grama co choć nie brzmi tak okazale to uwierzcie mi, że jest go na prawdę sporo. Zamknięty jest w bardzo wygodnym w użytkowaniu słoiczku ze specjalnym zabezpieczeniem przed niepożądanym wysypaniem się produktu. Cechuje go bardzo przyzwoity skład, w którym nie znajdziemy substancji chemicznych, talku ani konserwantów. Kolor jest uniwersalny dla każdego typu skóry.

CIENIE MINERALNE LILY LOLO

Doskonale wiecie, że to mój konik więc nie mogłam odmówić sobie przyjemności przetestowania sypkich cieni mineralnych. Wybrałam trzy kolory kierując się zdjęciami poglądowymi. Niestety w rzeczywistości odcienie nieco odbiegają od tego co widziałam na stronie – choć zieleń ( Pixie Sparkle ) mnie nie zawiodła. Jest niezwykle nasycona i pięknie się mieni. Pozostałe dwa kolory odrobinę mnie zawiodły –  Choc Fudge Cake okazał się być brązem z fioletową poświatą w formie drobinek, które niestety przy blendowaniu są ledwo zauważalne, a w przypadku Golden Lilac mamy do czynienia bardziej z szarością niż fioletem. Cienie mają pojemność 3,5 grama i są zamknięte w maleńkich uroczych słoiczkach. Większość dostępnych odcieni to raczej spokojne kolory, które spodobają się każdej lubiącej delikatne makijaże kobiecie.

MINERALNY ZESTAW DO KONTUROWANIA 

Niewielkich rozmiarów paletka Sculp&Glow skrywa w sobie dwa produkty do konturowania Bronzer ma odcień bardzo neutralny – nie wpadający ani w ciepłe ani chłodne tony, a przy okazji cechuje go przyzwoita pigmentacja. Trzeba więc nakładać go ostrożnie, aby nie przesadzić. Rozświetlacz w złotej tonacji można aplikować w niewielkiej ilości do dziennego makijażu albo dołożyć odrobinę więcej w celu uzyskania efektu “glow”. Opakowanie wykonane jest z trwałego plastiku i ma lusterko, które przydaje się w podróży.

JAK SPRAWDZIŁY SIĘ KOSMETYKI MINERALNE? 

 
Ku mojemu zaskoczeniu kosmetyki mineralne spisały się bardzo dobrze. Do ideału niestety odrobinę im zabrakło, ale jak na te warunki pogodowe to i tak jestem niesamowicie dumna. Na wstępie dodam, że nie używałam dodatkowo żadnej bazy. Podkład nie spływał z twarzy mimo tropikalnych upałów, a bronzer i rozświetlacz wyglądały równie dobrze jak zaraz po aplikacji. Po kilku godzinach makijaż wymagał użycia bibułek matujących bądź drobnego przypudrowania, ale mimo wszystko utrzymał się w ryzach przez cały dzień.  Nie obwiniam absolutnie pudru, bo uważam, że spisał się świetnie.
Jedynie wobec cieni mam kilka zastrzeżeń, ale raczej ze względu na odcienie. Po skończonym makijażu zawsze delikatnie spryskiwałam twarz wodą różaną.
Podsumowując nie przesadzę, jeśli powiem, że jestem oczarowana produktami mineralnymi od Lily Lolo. Piękne opakowania skrywają rewelacyjną zawartość, która jest obecnie moim numerem jeden w makijażu latem.  Z pewnością na dłużej zostanie ze mną podkład, puder oraz zestaw do konturowania, a po cienie chętnie sięgnę od czasu do czasu.
Lubicie stosować kosmetyki mineralne? Jakie są Wasze sposoby na utrzymanie makijażu latem?
O tym, że mam lekką ( leciuteńką ) obsesję na punkcie cieni do powiek chyba nie muszę Wam przypominać i choć w mojej toaletce na paletki mam przeznaczoną największą szufladę to kończy się tam powoli miejsce. Nic więc dziwnego, że kiedy widzę jakieś nowości w tej kategorii to oczy świecą mi się jak lampki choinkowe, a moja podświadomość mówi ‘kup, kup, kup’. Staram się jednak walczyć sama ze sobą, bo przecież nie można mieć wszystkiego, ale ale…kiedy w moje ręce trafia przesyłka niespodzianka z cudowną zawartością to mogę się nią cieszyć bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Zapraszam na przegląd nowych cieni foliowych marki Paese, których premiera odbyła się zaledwie kilka dni temu.

FOIL EFFECT EYESHADOWS

 
Nowe błyskotki od Paese to kolekcja 8 foliowych cieni pojedynczych wzbogaconych o cerafluid (zapewnia skórze gładkość, elastyczność i nawilżenie. Spłyca i wypełnia drobne zmarszczki ),
olej rycynowy daje efekt welwetowej, gładkiej skóry oraz zapewnia piękny połysk ) oraz żywicę silikonową zwiększa przyczepność kosmetyku do skóry gwarantuje efekt non-transfer – cienie nie migrują i nie odbijają się ).  Warto również dodać, że cienie są odpowiednie dla wegan, można aplikować je zarówno na sucho jak i na mokro, są całkowicie bezzapachowe a inspiracją ich powstania były kamienie szlachetne.
 

SWATCHE FOLIOWYCH CIENI PAESE

 
Jak już wspominałam nowa kolekcja to 8 kolorów, w których znajdziemy delikatne błyskotki idealne do rozświetlenia dziennego makijażu, intensywne kolory dla odrobiny szaleństwa i mocne odcienie w sam raz do smoky. Na prawdę ciężko zdecydować, który kolor podoba mi się najbardziej, więc generalnie wśród moich ulubieńców znalazły się numery 301, 304 oraz 305.

MAKIJAŻ CIENIAMI FOLIOWYMI PAESE

 
Cienie zachwyciły mnie nie tylko swoimi kolorami, ale również konsystencją, która jest bardzo kremowa i mięciutka. Dodatkowo kolory jak już widzieliście na swatchach są niesamowicie napigmentowane.  O błysku, nie muszę nawet wspominać, bo doskonale widać jak pięknie odbijają światło. Przy makijażu oka wykorzystałam dwa kolory – 304 oraz 305, nakładając je na lekko brązowawy bazowy kolor.  Najlepiej cienie aplikuje się przy pomocy opuszków palców delikatnie wklepując je w powiekę bądź przy użyciu najzwyklejszego aplikatora. Na koniec użyłam puchatego pędzelka aby rozmyć krawędzie.

CZY WARTO KUPIĆ CIENIE PAESE FOIL EFFECT ?

 
W mojej ocenie cienie są absolutnie rewelacyjne, zarówno jeśli chodzi o kolory jak ich konsystencję i efekt, jaki można dzięki nim uzyskać. Ogromnym plusem jest to, że są to pojedyncze opakowania, więc można wybrać jedynie interesujące nas kolory np. najjaśniejsze do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka. Przy okazji nie zajmują wiele miejsca, więc bez problemu zmieszczą się do podróżnej kosmetyczki. Niestety przy obecnie panującej pogodzie nie polecam nakładać ich bez wcześniejszej aplikacji bazy pod cienie bo niestety zbierają się w załamaniach – szczególnie jeśli jak ja zmagacie się z opadającą powieką. Cienie kosztują ok 25 złotych za sztukę, więc kompozycja 8 kolorów to koszt 200 złotych – czy to dużo czy mało oceńcie już sami.
Wpis nie jest sponsorowany, ale cienie otrzymałam bezpłatnie. 
Znacie markę Paese?
Zawsze sobie powtarzam, że kosmetyków ( szczególnie kolorowych ) nigdy dość, ale przygotowując się do dzisiejszego wpisu uświadomiłam sobie, że mam stanowczo za dużo podkładów ( aż 12! ). Co więcej używam nałogowo tylko kilku z nich, więc wcale nie potrzebuję aż takiej ilości. Jestem posiadaczką jasnej, wręcz bladej cery dlatego doskonale wiem, że znalezienie odpowiedniego koloru nie jest łatwym zadaniem. Przygotowałam dla Was zestawienie posiadanych przeze mnie podkładów wraz z analizą porównawczą odcieni oraz krótką recenzją. Jakież było moje zdziwienie, gdy zestawiałam ze sobą kolory, które niekiedy drastycznie się miedzy sobą różniły a używane w pojedynkę sprawiają wrażenie idealnie dobrych. Czas na przegląd: podkłady dla jasnej cery

podkłady dla jasnej cery

PODKŁADY DLA JASNEJ CERY

 
Na pierwszy rzut podkłady marek, z których dostępnością raczej nie ma problemu gdyż znajdziemy je stacjonarnie w niemal każdym Rossmannie. Zaczynając od lewej mamy tutaj: Maybelline Affinitone ( 03 light sand beige ), Maybelline Superstay 24 ( 05 light beige ), Bourjois 123Perfect ( 51 Vanilla ) oraz SinSkin MustHave Ultralight Serum Foundation ( C10 Light Nude ). Muszę przyznać, że robiąc swatche doznałam małego szoku – jeśli chodzi o odcienie,  a jednocześnie utwierdziłam się w przekonaniu, że podkład, po który sięgam najczęściej ( SinSkin ) prezentuje się najlepiej.
podkłady dla jasnej cery
Affinitone ma średnie krycie, ale plus za duży wybór odcieni i przystępną cenę. Nieco przeszkadza mi jego konsystencja – jest lejąca, a nakrętka denerwuje mnie przy każdym użyciu. Podkład ładnie wtapia się w skórę zachowując lekkość. Ma w sobie mikro-drobinki, które dają delikatny efekt rozświetlenia i musze przyznać, że ostatnio podoba mi się ten efekt. Mój odcień nie jest najjaśniejszym dostępnym kolorem. Superstay zaś jest bardzo gęstym podkładem o mocniejszym kryciu i ciężkiej strukturze – wybieram go więc na większe wyjścia. Kolor na twarzy pięknie się dopasowuje, na ręce zaś wygląda… różowo! Minusem jest mały wybór odcieni. Wykończenie ma w pełni matowe i nie daje efektu maski.  Jeśli chodzi o Bourjois to chyba nie ma osoby, która nie zna/nie używała 123 Perfect. U mnie był to absolutny ulubieniec przez bardzo długi okres czasu, ale ten najjaśniejszy odcień jest odrobine za ciemny – jednak tak bardzo go lubiłam, że udawałam, że tego nie widzę. Nie jestem pewna – ale wydaje mi się, że wprowadzono numerek 50 – który powinien być w sam raz, ale jeszcze go nie testowałam/ nie widziałam w sklepach. Po podkład SinSkin sięgnęłam podczas promocji Rossmanna bo zarówno produkt jak i marka była nowością a ceny standardowe są dość wysokie. Od tej pory to mój faworyt – szczególnie latem bo posiada filtr SPF25, a często mam w zwyczaju zapomnieć o tym kroku w pielęgnacji. Podkład występuje w dwóch wersjach – do cery suchej i normalnej oraz tłustej i mieszanej i wybór odcieni jest przyzwoity.
podkłady dla jasnej cery: swatche
 
 

KOREAŃSKIE KREMY BB

Latem lubię sięgać po lżejsze zamienniki podkładów i tak się złożyło, że wszystkie trzy tego typu produky w mojej kolekcji są azjatyckich marek – dwa kremy od Skin79 ( Dark Panda oraz Orange ) oraz jedna z moich nowości Missha M Perfect Cover ( no.13 ).  Sięgam po nie, gdy zależy mi na lekkim makijażu bądź gdy nie mam zbyt dużo czasu na malowanie.
 
podkłady dla jasnej cery
Zacznę od kremu Orange Skin79, który jest ze mną najdłużej i choć mam go w mini wersji, to nie miałam nigdy potrzeby aby sięgnąć po większą tubkę. Odcień jest stosunkowo jasny, ale nie na tyle aby polubiły się z nim bladziochy. Ma przyzwoite krycie i trwałość, nie jest ciężkim produktem. Nakładam go sporadycznie w niewielkich ilościach, bo jest bardzo wydajny. Kolejny krem od Skin79 – Dark Panda ma nieco jaśniejszy odcień  ( zdecydowanie lepszy! ) i niesamowicie go polubiłam, choć wykończenie ma rozświetlające – a raczej błyszczące. Bez przypudrowania wygląda dość kiepsko, chyba, że ktoś lubi taki efekt. Jest tańszy od poprzednika i często można dorwać go na promocji. Minusem są kolory – tylko 3 i to w różnych wersjach wykończeniowych. Jako trzeci i stosunkowo najnowszy w mojej kolekcji Missha M Perfect Cover, którego krycie oceniam nisko, podobnie jak skład, który niesamowicie mnie zapycha. Duży plus za przemyślane opakowanie oraz kolor ( no. 13 ), który naprawdę jest blady przez duże B. Jego cena w stosunku do pojemności jest przyzwoita, choć 50 ml produktu to według mnie zbyt dużo.

SZCZEGÓŁOWE RECENZJE:

 
MISSHA M PERFECT COVER RECENZJA ORAZ TEST NA ŻYWO

PODKŁADY JASNE TYLKO Z NAZWY?

Ostatnia grupa podkładów to głównie polskie marki, z wyjątkiem Catrice i Deborah. Łączy je również ograniczona dostępność stacjonarna, zwykle kupicie je tylko na firmowych stoiskach bądź przy odrobinie szczęścia – w drogerii Hebe. Od lewej: Deborah 24ORE Perfect ( 0 fair vanilla ), Paese Long Cover ( 01 porcelana ), Catrice HD Liquid ( 010 Light Beige), Pierre Rene Skin Balance ( Champagne ) oraz Pierre Rene Matte Active (02 Porcelain ).
Zacznijmy po kolei, podkład 24ORE Deborah to moja pierwsza styczność z marką i nie zrobił na mnie większego wrażenia, głównie przez odcień, który jest odrobinę zbyt różowy. Przy okazji nie wyróżnia się szczególnie ani trwałością ani kryciem więc nie sięgam po niego zbyt często. Podoba mi się za to efekt jaki daje na skórze – fajny mat i wygładzenie. Nie zbiera się również w załamaniach.

PODKŁADY DLA JASNEJ CERY – RECENZJE

Podkład Long Cover Paese testuję dopiero od kilku tygodni i muszę przyznać, że mimo trudnych warunków pogodowych całkiem daje radę. Zarówno odcień ( bardzo jasny ) jak i wykończenie jest fajne, krycie przy dwóch-trzech warstwach również przyzwoite. Bardzo pomysłowy aplikator w postaci szpatułki – wygodnie się z nim pracuje. Niestety ściera się niesamowicie szybko – choć przy tych temperaturach żaden podkład nie radzi sobie idealnie. Catrice HD Liquid to chyba najbardziej kultowy produkt ostatniego roku, którego jedni nienawidzą, drudzy uwielbiają. Ja początkowo średnio polubiłam się z jego lejącą się konsystencją i pipetą –  o czym już Wam pisałam, ale ostatnio wróciłam do niego i muszę go pochwalić za wytrzymałość – dał radę lepiej niż poprzednicy podczas gdy żar lał się z nieba. Podkład Skin Balance podobnie jak poprzednik odbił się sporym echem w blogosferze i tutaj w dużej mierze padały zachwyty. Na plus mogę ocenić jedynie odcień oraz ładne opakowanie. Niestety podkład ma tendencję do podkreślania suchych skórek, więc do suchej cery nie nadaje się kompletnie. Jestem posiadaczką przetłuszczającej się strefy T i niestety również w moim przypadku skóra wyglądała na przesuszoną. Nie odrzucam całkowicie tego produktu, napewno spróbuję do niego wrócić bliżej jesieni. Pierre Rene Matte Activ to jedyny podkład, którego nie testowałam na twarzy – dlaczego? Wystarczy spojrzeć na ten odcień, który z porcelaną niewiele ma wspólnego.
podkłady dla jasnej cery
Podsumowując – moim faworytem jest podkład SinSkin, którego używam ostatnio non stop. Nie zawiódł mnie na żadnej imprezie czy podczas mega upałów. Z zaufaniem sięgam również po Catrice HD Liquid oraz Long Cover Paese. Niestety żaden z podkładów nie ma typowo żółtych tonów i troszczkę mi tego brakuje w produktach drogeryjnych.
Jestem ciekawa, czy znacie któryś z zaprezentowanych kosmetyków oraz jakiego podkładu używacie aktualnie?
Przygotowując się do dzisiejszego wpisu zdałam sobie sprawę, że bardzo rzadko piszę tutaj o kolorówce, a sama chętnie szukam tego tematu na innych blogach. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, bo testuję cały ogrom kosmetyków do makijażu. O Pierre Rene Skin Balance Cover słyszałam same super alternatywy i miałam ogromną ochotę go kupić, ale patrząc na moje zapasy w toaletce odkładałam to ciagle na później. W końcu nadarzyła się okazja i trafił w moje ręce, więc poddałam go intensywnym testom i dzisiaj mam dla Was pełną recenzję. Czy faktycznie jest czym się zachwycać? 
Pierre rene skin balance
Pierre rene skin balance

PIERRE RENE SKIN BALANCE

Zacznę od cech podstawowych produktu. Podkład Skin Balance Cover zamknięty jest szklanym opakowaniu z pompką, a sama szata graficzna jest stonowana i typowa dla marki Pierre Rene. Według producenta jest to wodoodporny podkład o mocnym kryciu. Mój kolor to 20. Champagne, czyli stosunkowo jasna wanilia bez dominacji ani żółtych ani różowych tonów. Pojemność to klasyczne 30 ml. Konsystencja fluidu jest lekka, niezbyt gęsta a samo krycie jest dość słabe, powiedziałabym, że lekkie w kierunku średniego. Warto dodać, że po ostatnio wykonanych badaniach moja cera okazała się być przesuszona choć zwykle mam problemy z błyszczeniem w strefie T.  Dodatkowo ostatnio zmagam się z niedoskonałościami i skłonnością do zapychania porów.
od góry: świeża warstwa, po 5 minutach
Pierwsze wrażenie podkład zrobił całkiem dobre, bo sam kolor jest w punkt dla mojej cery i produkt utlenia się w niewielkim stopniu. Nieźle się nim pracuje zarówno pędzlem jak i gąbeczką, choć ma niestety tendencję do smużenia się, więc najlepiej stemplować go właśnie gąbką. Niestety zawiodłam się na obiecywanym przez producenta kryciu – które przy jednej “dziennej” warstwie jest naprawdę kiepskie. Dopiero po nałożeniu kolejnej udało się co nie co zakryć. Warto dodać, że podkład potrzebuje kilku minut do zastygnięcia, więc trzeba uważać aby przypadkiem nie rozmazać go palcem. Poniższe zdjęcia prezentują podkład zaraz po aplikacji ( po lewej ) oraz po przypudrowaniu i wykończeniu makijażu ( po prawej ). Jak widać kosmetyk niebywale podkreśla suche skórki i celowo też nie użyłam korektora.

WARTO PRZECZYTAĆ: PODKŁADY DLA JASNEJ CERY- PRZEGLĄD, SWATCHE, RECENZJE 

Na powyższych zdjęciach pod podkład nałożyłam nową bazę L’oreal Infallible wygładzająco – zwężającą pory, a całość przypudrowałam pudrem ryżowym Ecocera. Kolejnego dnia postanowiłam nałożyć podkład bez bazy, jednak efekt podkreślenia suchych skórek i wszelkich mankamentów był identyczny. Dodam też, że specjalnie wieczór wcześniej wykonałam solidny peeling twarzy.
pierre rene skin balance
Powyżej możecie zobaczyć podkład po 6 godzinach od aplikacji. Niestety na minus oceniam nie tylko krycie, ale także trwałość bo makijaż po kilku godzinach nie prezentował się nawet umiarkowanie dobrze, było po prostu źle. Plusem jest to, że podkład nie zapycha skóry, a sam makijaż nie ciemnieje w ciagu dnia.
 
 
Podsumowując nie skreślam całkowicie tego podkładu, ale uważam, że nie nadaje się do suchej skóry. Z pewnością lepiej sprawdzi się u cer mieszanych w kierunku tłustej więc nie dziwię się, że wiele z Was jest z niego zadowolona. Na plus zdecydowanie zasługuje odcień, który w moim przypadku wpasował się świetne, ale poza nim dostępnych jest jeszcze 9 innych jasnych kolorów. Kto z Was się skusi?