Tag

przegląd

Z blogowaniem poza pisaniem tesktów czy wrzuceniem zdjęć wiąże się całkiem sporo wydarzeń oraz eventów. Co roku odbywają się ogromne konferencje takie jak Meet Beauty czy See Bloggers , na które jeżdzę setki kilometrów z ogromną przyjemnością. Na takich wydarzeniach zwykle są tysiące ludzi z Internetowej branży – mniej lub bardziej znanych, a po takich spotkaniach zawsze wracam do domu z głową pełną pomysłów oraz sporym zapasem wiedzy i motywacji. Niestety przy tak ogromnej liczbie uczestników brakuje mi jednego – integracji, o którą zdecydowanie łatwiej na kilkunastoosobowych spotkaniach blogerek. Tutaj jest czas na ploteczki, wymianę doświadczeń oraz jeszcze więcej ploteczek. Niestety we Wrocławiu od bardzo dawna nie było okazji do spotkania w kameralnym gronie, dlatego zamiast czekać aż coś się pojawi – sama wzięłam się za organizację. I tak powstało BeautyWRO.

Jak możecie się domyśleć,  BeautyWRO to połączenie tego o czym piszę z miejscem, w którym mieszkam. W ostatnią niedzielę lipca spotkało się więc 15 wspaniałych dziewczyn tworzących swoje blogi w kategoriach uroda, moda czy lifestyle. W swoich niezwykle klimatycznych wnętrzach przy wielkim okrągłym stole ugościł nas BLT & taps, który także zadbał o nasze podniebienie serwując napoje, pyszne przekąski i ( dietetyczną of’ course ) pizzę.

Mimo, że przed spotkaniem nie znałam się z większością dziewczyn to od samego początku atmosfera była niesamowita, bo przecież łączy nas ta sama pasja. Nie zabrakło ploteczek, wymiany doświadczeń odnośnie prowadzenia bloga czy nawiązywania współprac jak i dalekosiężnych blogowych planów i marzeń. Zastanawiałyśmy się jak to jest być fejmem, dlaczego nie każda współpraca jest warta świeczki a nawet co sprawia, że popularność niektórych blogerek znacznie przewyższa jakość prowadzonych przez nie blogów.

Nie zabrakło też części edukacyjnej – tym razem ściśle związanej z kosmetykami oraz pielęgnacją. Odwiedziła nas marka BasicLab, która oprócz prezentacji swoich kultowych produktów oraz nowości w ofercie opowiedziała o tym, jak prawidłowo pielęgnować włosy, a także jakie błędy są przy tym popełniane najczęściej. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak nieludzko traktuję moje włosy! ( teraz dbam o nie należycie i niebawem mam nadzieję opowiem Wam więcej w tym temacie )
Gościł u nas również przedstawiciel kosmetycznego pudełka Chillbox – Michał, który opowiedział Nam o nowym modelu współpracy z blogerami. Mam nadzieję, że wspólne działania z dziewczynami okażą się owocne!
Swoją obecnością zaszczyciły Nas również przedstawicielki Instytutu Piękna Kamadari, które przy pomocy urządzenia o nazwie Skin Analyzer wykonały badanie skóry sprawdzając poziom nawilżenia oraz elastyczności skóry, a także pozwoliły obejrzeć swoją cerę w 3D.
Nie małą atrakcją dla dziewczyn były również upominki od firm, których do spotkania dołączyło aż 40 ( czterdzieści! ), także uczestniczki wyszły z BeautyWRO z siatami pełnymi kosmetycznych nowości i kobiecych gadżetów. Dziewczyny nie kryły swojego zdziwienia i zadowolenia z ogromu prezentów, co widzę czytając relacje z wydarzenia na ich blogach.

Uczestniczki: Tina ( organizatorka ), Natalia ( współorganizatorka ), Karolina, Magdalena, Justyna, JoannaPaulinaEwa,  JulitaDominika, Natalia, EwelinaAsia, Ania oraz Ewa.
Nie było to pierwsze organizowane przeze mnie spotkanie blogerek, ale BeautyWRO zdecydowanie wygrało wszystko. Nie ukrywam, że od strony organizacyjnej wymagało to wiele czasu, cierpliwości i zaangażowania, ale czuję się niesamowicie zmotywowana aby powtórzyć ten sukces, kto wie, może na większą skalę? Zdecydowanie brakuje takich akcji na dolnym śląsku – co było widać po ilości zgłoszeń. Mam nadzieję, że przy kolejnej edycji będę mogła zaprosić więcej osób. Na koniec chciałabym jeszcze podziękować Natalii za współorganizację oraz wszystkim firmom, które miały swój wkład w BeautyWRO,  a także Blt & taps za wspaniałą gościnę!

CZĘŚĆ II – UPOMINKI 


Sfotografowanie wszystkich prezentów, jakie otrzymałam od partnerów BeautyWRO było nie lada wyzwaniem, bo jak już wspominałam było ich aż 40! Podjęłam również próbę ujęcia wszystkiego w jednym kadrze – po wielu staraniach udało się! Zapraszam więc na przegląd prezentów ze spotkania:

 BasicLab || Buna Cosmetics

AA Cosmetics || Vasco Nails 

Bielenda || Mediheal 

Instytut Piękna Kamadari || Shefoot 

 APN Cosmetics || MarokoSklep





 Luba Group || Vis Plantis || Blanx 


Annabelle Minerals || Helfy.pl

Marion || Nutka || Dermedic


Dodatkowo TeaClub przekazała zestawy herbat, HairSPA turban, ale tylko jedną sztukę na 15 osób,  Cukrówki krówki, ale się nie załapałam,  Anna Cosmetics – zestawy kosmetyków, ale dla mnie brakło,  a Chillbox prześle pudełka:)

Miałyście okazję uczestniczyć kiedyś w spotkaniu blogerek? 
Nie mogę uwierzyć, że minęły już 3 miesiące odkąd zostałam ambasadorką drogerii Noel (drogeriaewa.pl ) i kilka dni temu trafiła do mnie ostatnia już przesyłka od sklepu. Wiem, że lubicie czytać o nowościach dlatego zapraszam Was na przegląd zawartości i pierwsze wrażenie jakie zrobiły na mnie produkty. Gotowi? 
Trzecia paczka ambasadorki drogerii Noel to 6 produktów, w tym 5 kosmetyków oraz kobiecy gadżet. Wśród produktów znalazły się zarówno te do pielęgnacji jak i makijażu, ale także jeden męski kosmetyk. 
BIELENDA CC CREAM BODY PERFECTOR 10w1



Produkt bardzo intrygujący, który jak obiecuje producent pełni wiele funkcji: maskuje niedoskonałości, wyrównuje koloryt skóry, rozświetla czy neutralizuje zaczerwienienia oraz pajączki. Nie ukrywam, że kiedy to wszystko przeczytałam patrzyłam na produkt z niedowierzaniem, więc od razu zabrałam się za testy i …. byłam bardzo zaskoczona. Krem naprawdę sprawia, że skóra wygląda zdecydowanie lepiej. Takie połączenie photoshopa i samoopalacza w jednym, ale w pozytywnym znaczeniu. Myślę, że poddam ten krem intensywniejszym testom i wrócę do Was z obszerną recenzją, ale w pierwszym wrażeniu wypadł naprawdę nieźle. 
AA HYDRO SORBET 



Nazwa kosmetyku przywodzi mi na myśl wakacyjną przekąskę czy deser, jednak w tym bardzo zgrabnym plastikowym słoiczku ukryty jest krem z przeznaczeniem do cery normalnej. Kosmetyk ma lekką konsystencję, delikatny zapach i stosunkowo szybko się wchłania, jednak na dłuższą metę nie jestem przekonana czy sprawdzi się przy mojej mieszanej cerze, która nie ukrywam jest cholernie wymagająca. 

DR IRENA ERIS AUTHORITY



Kosmetyki tej marki interesowały mnie od dłuższego czasu, a krem na noc właśnie mi się skończył więc produkt trafiony w punkt. Nie ukrywam, że mam wobec duże oczekiwania. Bardzo podoba mi się szata graficzna, która sprawia wrażenie luksusu i elegancji. Uwielbiam dobrze wyglądające produkty. Konsystencja jest niezbyt treściwa a zapach odrobinę zbyt sztucznie perfumowany. Ogólnie krem pierwsze wrażenie zrobił całkiem dobre, ale na pełną ocenę potrzebuje zdecydowanie więcej czasu. 
NIVEA MEN ŻEL DO GOLENIA


Ten produkt bardzo ciężko będzie mi ocenić, szczególnie, że mój mąż nie używa tego rodzaju kosmetyków. W sieci można znaleźć wiele różnych trików z użyciem produktów do golenia, więc zapewne znajdę dla niego zastosowanie, w najgorszym przypadku oddam komuś z rodziny.

VIPERA ART&SCIENCE MASCARA



Musze przyznać, że nie do końca wiem skąd taki pomysł na nazwę tuszu do rzęs, więc skupię się na tym co ważne. Szczoteczka jest silikonowa, włoski zwężają się ku końcowi. Ten kształt pozwala bez problemu dotrzeć w kąciki oka. Maskara daje naturalny, dzienny efekt podkręconych rzecz bez większego wow. Nie jest to produkt, który spektakularnie wydłuży i podkreśli rzęsy. 
TOP CHOICE SILICONE SPONGE



Silikonowa gąbeczka do aplikacji podkładu, o której swego czasu ( w okolicach premiery ) było dość głośno. Pamiętam nawet, że zamówiłam oryginalną za granicą ale nigdy do mnie nie dotarła, więc chętnie sprawdzę na własnej skórze jak się sprawdza. Muszę przyznać, że jeszcze jej nie używałam, ale jeśli będzie warta uwagi to pokażę ją Wam w teście na żywo. 
Jak widać zawartość przesyłki bardzo różnorodna i żadnego z produktów nie miałam okazji wcześniej używać, więc przyjemność testowania podwójna. Lubicie takie kosmetyczne prezenty?
Zawsze sobie powtarzam, że kosmetyków ( szczególnie kolorowych ) nigdy dość, ale przygotowując się do dzisiejszego wpisu uświadomiłam sobie, że mam stanowczo za dużo podkładów ( aż 12! ). Co więcej używam nałogowo tylko kilku z nich, więc wcale nie potrzebuję aż takiej ilości. Jestem posiadaczką jasnej, wręcz bladej cery dlatego doskonale wiem, że znalezienie odpowiedniego koloru nie jest łatwym zadaniem. Przygotowałam dla Was zestawienie posiadanych przeze mnie podkładów wraz z analizą porównawczą odcieni oraz krótką recenzją. Jakież było moje zdziwienie, gdy zestawiałam ze sobą kolory, które niekiedy drastycznie się miedzy sobą różniły a używane w pojedynkę sprawiają wrażenie idealnie dobrych. Przechodzimy do konkretów, gotowi?

ŁATWO DOSTĘPNE PODKŁADY 

Na pierwszy rzut podkłady marek, z których dostępnością raczej nie ma problemu gdyż znajdziemy je stacjonarnie w niemal każdym Rossmannie. Zaczynając od lewej mamy tutaj: Maybelline Affinitone ( 03 light sand beige ), Maybelline Superstay 24 ( 05 light beige ), Bourjois 123Perfect ( 51 Vanilla ) oraz SinSkin MustHave Ultralight Serum Foundation ( C10 Light Nude ). Muszę przyznać, że robiąc swatche doznałam małego szoku – jeśli chodzi o odcienie,  a jednocześnie utwierdziłam się w przekonaniu, że podkład, po który sięgam najczęściej ( SinSkin ) prezentuje się najlepiej. 
Affinitone ma średnie krycie, ale plus za duży wybór odcieni i przystępną cenę. Nieco przeszkadza mi jego konsystencja – jest lejąca, a nakrętka denerwuje mnie przy każdym użyciu. Podkład ładnie wtapia się w skórę zachowując lekkość. Ma w sobie mikro-drobinki, które dają delikatny efekt rozświetlenia i musze przyznać, że ostatnio podoba mi się ten efekt. Mój odcień nie jest najjaśniejszym dostępnym kolorem. Superstay zaś jest bardzo gęstym podkładem o mocniejszym kryciu i ciężkiej strukturze – wybieram go więc na większe wyjścia. Kolor na twarzy pięknie się dopasowuje, na ręce zaś wygląda… różowo! Minusem jest mały wybór odcieni. Wykończenie ma w pełni matowe i nie daje efektu maski.  Jeśli chodzi o Bourjois to chyba nie ma osoby, która nie zna/nie używała 123 Perfect. U mnie był to absolutny ulubieniec przez bardzo długi okres czasu, ale ten najjaśniejszy odcień jest odrobine za ciemny – jednak tak bardzo go lubiłam, że udawałam, że tego nie widzę. Nie jestem pewna – ale wydaje mi się, że wprowadzono numerek 50 – który powinien być w sam raz, ale jeszcze go nie testowałam/ nie widziałam w sklepach. Po podkład SinSkin sięgnęłam podczas promocji Rossmanna bo zarówno produkt jak i marka była nowością a ceny standardowe są dość wysokie. Od tej pory to mój faworyt – szczególnie latem bo posiada filtr SPF25, a często mam w zwyczaju zapomnieć o tym kroku w pielęgnacji. Podkład występuje w dwóch wersjach – do cery suchej i normalnej oraz tłustej i mieszanej i wybór odcieni jest przyzwoity. 


KOREAŃSKIE KREMY BB
Latem lubię sięgać po lżejsze zamienniki podkładów i tak się złożyło, że wszystkie trzy tego typu produky w mojej kolekcji są azjatyckich marek – dwa kremy od Skin79 ( Dark Panda oraz Orange ) oraz jedna z moich nowości Missha M Perfect Cover ( no.13 ).  Sięgam po nie, gdy zależy mi na lekkim makijażu bądź gdy nie mam zbyt dużo czasu na malowanie. 

Zacznę od kremu Orange Skin79, który jest ze mną najdłużej i choć mam go w mini wersji, to nie miałam nigdy potrzeby aby sięgnąć po większą tubkę. Odcień jest stosunkowo jasny, ale nie na tyle aby polubiły się z nim bladziochy. Ma przyzwoite krycie i trwałość, nie jest ciężkim produktem. Nakładam go sporadycznie w niewielkich ilościach, bo jest bardzo wydajny. Kolejny krem od Skin79 – Dark Panda ma nieco jaśniejszy odcień  ( zdecydowanie lepszy! ) i niesamowicie go polubiłam, choć wykończenie ma rozświetlające – a raczej błyszczące. Bez przypudrowania wygląda dość kiepsko, chyba, że ktoś lubi taki efekt. Jest tańszy od poprzednika i często można dorwać go na promocji. Minusem są kolory – tylko 3 i to w różnych wersjach wykończeniowych. Jako trzeci i stosunkowo najnowszy w mojej kolekcji Missha M Perfect Cover, którego krycie oceniam nisko, podobnie jak skład, który niesamowicie mnie zapycha. Duży plus za przemyślane opakowanie oraz kolor ( no. 13 ), który naprawdę jest blady przez duże B. Jego cena w stosunku do pojemności jest przyzwoita, choć 50 ml produktu to według mnie zbyt dużo. 



SZCZEGÓŁOWE RECENZJE:


MISSHA M PERFECT COVER RECENZJA ORAZ TEST NA ŻYWO

PODKŁADY JASNE TYLKO Z NAZWY?
Ostatnia grupa podkładów to głównie polskie marki, z wyjątkiem Catrice i Deborah. Łączy je również ograniczona dostępność stacjonarna, zwykle kupicie je tylko na firmowych stoiskach bądź przy odrobinie szczęścia – w drogerii Hebe. Od lewej: Deborah 24ORE Perfect ( 0 fair vanilla ), Paese Long Cover ( 01 porcelana ), Catrice HD Liquid ( 010 Light Beige), Pierre Rene Skin Balance ( Champagne ) oraz Pierre Rene Matte Active (02 Porcelain ).
Zacznijmy po kolei, podkład 24ORE Deborah to moja pierwsza styczność z marką i nie zrobił na mnie większego wrażenia, głównie przez odcień, który jest odrobinę zbyt różowy. Przy okazji nie wyróżnia się szczególnie ani trwałością ani kryciem więc nie sięgam po niego zbyt często. Podoba mi się za to efekt jaki daje na skórze – fajny mat i wygładzenie. Nie zbiera się również w załamaniach.
Podkład Long Cover Paese testuję dopiero od kilku tygodni i muszę przyznać, że mimo trudnych warunków pogodowych całkiem daje radę. Zarówno odcień ( bardzo jasny ) jak i wykończenie jest fajne, krycie przy dwóch-trzech warstwach również przyzwoite. Bardzo pomysłowy aplikator w postaci szpatułki – wygodnie się z nim pracuje. Niestety ściera się niesamowicie szybko – choć przy tych temperaturach żaden podkład nie radzi sobie idealnie. Catrice HD Liquid to chyba najbardziej kultowy produkt ostatniego roku, którego jedni nienawidzą, drudzy uwielbiają. Ja początkowo średnio polubiłam się z jego lejącą się konsystencją i pipetą –  o czym już Wam pisałam, ale ostatnio wróciłam do niego i muszę go pochwalić za wytrzymałość – dał radę lepiej niż poprzednicy podczas gdy żar lał się z nieba. Podkład Skin Balance podobnie jak poprzednik odbił się sporym echem w blogosferze i tutaj w dużej mierze padały zachwyty. Na plus mogę ocenić jedynie odcień oraz ładne opakowanie. Niestety podkład ma tendencję do podkreślania suchych skórek, więc do suchej cery nie nadaje się kompletnie. Jestem posiadaczką przetłuszczającej się strefy T i niestety również w moim przypadku skóra wyglądała na przesuszoną. Nie odrzucam całkowicie tego produktu, napewno spróbuję do niego wrócić bliżej jesieni. Pierre Rene Matte Activ to jedyny podkład, którego nie testowałam na twarzy – dlaczego? Wystarczy spojrzeć na ten odcień, który z porcelaną niewiele ma wspólnego. 

Podsumowując – moim faworytem jest podkład SinSkin, którego używam ostatnio non stop. Nie zawiódł mnie na żadnej imprezie czy podczas mega upałów. Z zaufaniem sięgam również po Catrice HD Liquid oraz Long Cover Paese. Niestety żaden z podkładów nie ma typowo żółtych tonów i troszczkę mi tego brakuje w produktach drogeryjnych. 
Jestem ciekawa, czy znacie któryś z zaprezentowanych kosmetyków oraz jakiego podkładu używacie aktualnie?
Włosy to moja pięta Achillesowa, ponieważ są bardzo niesforne, nieokiełznane i plączą się nawet splecione w warkocz. Są kręcone więc mają wysoką porowatość, a do tego są farbowane więc końcówki są totalnie zniszczone. Na domiar tego ostatnio przechodzą trudny okres, gdyż hormony szaleją ( przez karmienie piersią ) i wypadają dosłownie garściami.  Odpowiednia szczotka jest więc bardzo ważna w codziennej pielęgnacji włosów, dlatego postanowiłam przygotować zestawienie tych, które posiadam w swojej kolekcji. Wiem, że sporo z Was bardzo czekało na ten wpis dlatego nie przedłużając zapraszam do lektury. 

SZCZOTKI KOMPAKTOWE: TANGLE TEEZER VS. MICHEL MERCIER

Tangle Teezer była pierwszą szczotką bez rączki w mojej kolekcji i totalną innowacją na rynku. Wybrałam podstawowy model Salon Elite, który jako jeden z pierwszych pojawił się w sprzedaży i szybko podbił serce blogosfery. Dużym plusem jest ogromny wybór kolorystyczny. Mimo braku rączki szczotka dobrze leży w dłoni, jednak w kontakcie z mokrymi włosami nieco się ślizga. Ząbki o zróżnicowanej długości wykonane są z plastiku ( wg. producenta innowacyjne tworzywo ) i mają średnią twardość. Kształt szczotki jest delikatnie zaokrąglony więc dobrze dopasowuje się do głowy. Mam ją prawie trzy lata i część igiełek jest powyginana w różne strony. W planach mam zakup nowej. 
Rozczesywanie włosów TT jest bardzo przyjemne i mimo moich “trudnych” włosów odbywa się to bez większych komplikacji – w porównaniu ze zwykłymi szczotkami i grzebieniami to niebo a ziemia ( oczywiście z przewagą Tangle Teezer ).
Michel Mercier w wersji Travel trafiła w moje ręce dwa lata temu podczas See Bloggers i była to moja pierwsza styczność z tą marką. W przypadku MM mamy do wyboru 3 kolory, które odpowiadają konkretnemu typowi włosów.  Niebieska przeznaczona jest do włosów grubych więc choć nie jest to mój ulubiony odcień zdecydowałam się właśnie na nią. W zestawie miała nakładkę do transportu, która już dawno gdzieś przepadła. Kształt ma zbliżony do Tangle Teezer Compact. Średnio wygodnie leży w dłoni, a włosy trzeba przeczesywać po małych pasmach. Igiełki podobnie jak w TT są różnej długości, jednak są zdecydowanie sztywniejsze przez co nie jest do końca delikatna.
Ptaszkami oznaczyłam szczotkę, która w danej kategorii wypada lepiej. Oceniając na podstawie powyższych kryteriów i ogólnej oceny wygrywa TT i to po nią chętniej sięgam. Ergonomiczny kształt i delikatność igiełek sprawia, że jest zdecydowanie przyjemniejsza w użyciu. 
SZCZOTKI Z RĄCZKĄ: TANGLE ANGEL VS. MICHEL MERCIER

Tangle Angel to mój najnowszy nabytek. Przyciągnięta pozytywnymi opiniami i nietuzinkowym wyglądem zdecydowałam się na model PRO, który jest przeznaczony do włosów wymagających, kręconych i gęstych. Dostępna jest w dwóch kolorach: srebrny oraz różowe złoto. Moje włosy są naprawdę chaotyczne więc liczyłam, że szczotka je okiełzna. 
ZOBACZ PEŁNĄ RECENZJĘ: TANGLE ANGEL PRO: PIĘKNA I BESTIA
Igiełki szczotki są długie, umiarkowanie twarde i ostro zakończone oraz występują w dość sporych odstępach. Wygląd ma nieziemski i choć kilka pierwszych użyć nie należało do najprzyjemniejszych to powoli się do niej przyzwyczajam i doceniam jej długie igiełki. Na plus zasługuję możliwość postawienia jej na nóżce – robi za śliczną dekorację. 
Michel Mercier model Anti-Slip to szczotka z rączką antypoślizgową, która nadaje się do rozczesywania zarówno włosów mokrych jak i suchych. Kolor niebieski podobnie jak w wersji Travel odpowiada włosom grubym. Igiełki różnej długości są dość twarde, a powierzchnia rozczesywania jest całkiem spora. Rączka jest wygodna, nie ślizga się oraz dobrze się ją trzyma. 
Najcześciej rozczesuje nią mokre włosy zaraz po kąpieli.
Choć Tangle Angel to najpiękniejsza szczotka jaką miałam w rękach, to kierując się używalnością zdecydowanie wygrywa MM. Jest zdecydowanie lepiej dopasowana do moich trudnych włosów. Nie chcę całkiem zrezygnować z TA, dlatego w przyszłości chcę przetestować inne jej modele. 
PODSUMOWANIE

Cztery innowacyjne szczotki, o różnym wyglądzie, właściwościach i przeznaczeniu. W porównaniu ze zwykłymi grzebieniami każda z nich wypada zdecydowanie lepiej, jednak gdybym obecnie miała wybrać swoją ulubioną to zdecydowanie byłaby to Tangle Teezer a zaraz po niej Michel Mercier Anti-Slip.
Ciekawa jestem jakiej szczotki aktualnie używacie? 


Nigdy nie byłam wielką fanką makijażu ust, jednak odkąd furorę robią pomadki matowe moja kolekcja produktów do ust stale się powiększa. Mam wielką słabość to intensywnych odcieni, a przez moją niechęć do poprawek cenię sobie trwałość. Z przyjemnością sięgam po kolejne matowe pomadki testując je pod kątem wytrzymałości oraz pigmentacji. Dzisiaj pokażę Wam nowości w moich zasobach, jednak ostrzegam – te perełki wprawiają zachwyt od pierwszego spojrzenia



O innych matowych pomadkach w mojej kolekcji pisałam tutaj: 


Przegląd matowych pomadek w płynie: Bell, Golden Rose, Inglot, Deborah Milano

Seria pomadek Rouge Velvet the Lipstick od Bourjois to 12 pięknych odcieni o matowym wykończeniu zamknięte w plastikowych wykręcanych opakowaniach.  Wyglądem przypominają klasyczne szminki, jednak nic bardziej mylnego, gdyż pięknie zastygają na ustach zachowując pełny mat. 
Konsystencja jest niczym masełko, produkt gładko sunie po ustach wypełniając je intensywnym kolorem. Delikatne muśnięcie pomadką i kolor pięknie wypełnia wargi. Nie potrzebne są dodatkowe warstwy. Kształt szminki pozwala na precyzyjne wykonanie makijażu ust, a satynowa powłoka w kilka chwil zastyga do matu i utrzymuje się w nienaruszonym stanie przez kilka godzin. 
W mojej kolekcji posiadam aż 6 odcieni i choć każdy z nich jest równie piękny i intensywny to moje serce skradł kolor 12, który jest połączeniem zgaszonej czerwieni i brązu. 
Pomadki są bardzo napigmentowane i z każdą z nich pracuje się rewelacyjnie. Na ogromny plus zasługuje ich trwałość, nawet jedzenie oraz picie nie jest im straszne. Ważną dla mnie cechą jest również to, że produkt jest niewyczuwalny na ustach. Pomadki kosztują w granicach 50 złotych, jednak są warte każdej złotówki. Dostępne są zarówno w drogeriach jak i sklepach internetowych. 
Który kolor najbardziej wpadł Ci w oko?
Ściskam. 

Temat kalendarzy adwentowych podbił całą blogosferę i nic w tym dziwnego, bo marki kosmetyczne przygotowały dla Nas prawdziwe wspaniałości na tegoroczne święta. Ostatnio przygotowałam dla Was przegląd dostępnych w Polsce kalendarzy:



Kalendarze dostępne u Nas to tylko mała namiastka tego, co możemy kupić za granicą. 

Przeszukałam Internet i przygotowałam dla Was TOP5 najlepszych zestawów, które królują za granicą i .. możecie kupić je z wysyłką do PL. 

1. BALEA 





Fanek tej niemieckiej marki kosmetycznej napewno nie brakuje, a sklepy internetowe mające w sprzedaży ich kosmetyki cieszą się równie sporą popularnością. Firma jak co roku wydała swój kalendarz, który odnalazłam na portalu Ebay, przykładowa oferta tutaj. Za wielkie pudło z 24 miniaturami w świątecznej odsłonie zapłacimy w granicach 160-180 złotych z wysyłką. Osobiście jestem zachwycona zawartością i bardzo intensywnie myślę nad zakupem tego kalendarza. 


2. ESSENCE





Marka kosmetyków kolorowych co prawda jest dostępna w Polsce, jednak sam kalendarz niestety już nie. Podobnie jak poprzednika udało mi się odnaleźć świąteczny pakiet tej marki na ebay ( przykładowa oferta klik ), ceny są przeróżne jednak z wysyłką musimy zapłacić za niego w granicach 190 złotych ( wliczając przesyłkę ). Osobiście nie lubię kolorówki tej marki jednak szata graficzna kalendarza jest przesłodka i zapewne znajdzie się wśród Was wielu zwolenników kosmetyków Essence. 


3. SLEEK 





Marka szturmem podbiła serca tysięcy Polek, które pokochały niedrogie i piękne skomponowane paletki cieni oraz inne kosmetyki kolorowe. Niestety podobnie jak poprzednicy nie wydała kalendarza na Nasz rodzimy rynek, ale znajdziecie go np. tutaj. W boxie znajdziemy standardowo 24 miniatury kosmetyków do makijażu oraz pędzli. Kalendarz prezentuje się naprawdę ślicznie i sama mam na niego chrapkę. Jego cena waha się w granicach 250-270 złotych z kosztami dostawy do PL. 


4.  MAYBELLINE NEW YORK





Czy jest tutaj choć jedna osoba, która nigdy nie używała kosmetyków tej marki? Chyba się taka nie znajdzie. Piękny kalendarz w limitowanej edycji z 24 produktami tej marki to nie lada gratka dla niejednej z nas. Sama mam ochotę na ten zestaw, ale akurat jestem bardzo wybredna pod względem kosmetyków kolorowych – ciężko mi dogodzić. Kalendarz kosztuje w granicach 300 złotych z dostawą do Polski, a przykładowa oferta sprzedaży jest tutaj. 



5  ALVERDE

        


Na koniec TOP5 kolejna niemiecka marka, która choć nie jest u nas bardzo popularna to znajdzie się kilka perełek kosmetycznych, które są polecana na blogach. Zakup kalendarza to idealna okazja na zapoznanie się z jej produktami. Cena 24 kosmetyków w pięknym świątecznym wydaniu to koszt ok 160-170 złotych, a przykładowa oferta na portalu Ebay tutaj. 






Kolejna dawka wspaniałych kalendarzy z kosmetykami wcale nie ułatwia podjęcia decyzji, który wybrać na tegoroczne święta. Zaplanowałam sobie, że kupię maksymalnie 2 sztuki, ale boję się, że poniesie mnie nieco bardziej.