Tag

swatche

Zawsze sobie powtarzam, że kosmetyków ( szczególnie kolorowych ) nigdy dość, ale przygotowując się do dzisiejszego wpisu uświadomiłam sobie, że mam stanowczo za dużo podkładów ( aż 12! ). Co więcej używam nałogowo tylko kilku z nich, więc wcale nie potrzebuję aż takiej ilości. Jestem posiadaczką jasnej, wręcz bladej cery dlatego doskonale wiem, że znalezienie odpowiedniego koloru nie jest łatwym zadaniem. Przygotowałam dla Was zestawienie posiadanych przeze mnie podkładów wraz z analizą porównawczą odcieni oraz krótką recenzją. Jakież było moje zdziwienie, gdy zestawiałam ze sobą kolory, które niekiedy drastycznie się miedzy sobą różniły a używane w pojedynkę sprawiają wrażenie idealnie dobrych. Czas na przegląd: podkłady dla jasnej cery

podkłady dla jasnej cery

PODKŁADY DLA JASNEJ CERY

 
Na pierwszy rzut podkłady marek, z których dostępnością raczej nie ma problemu gdyż znajdziemy je stacjonarnie w niemal każdym Rossmannie. Zaczynając od lewej mamy tutaj: Maybelline Affinitone ( 03 light sand beige ), Maybelline Superstay 24 ( 05 light beige ), Bourjois 123Perfect ( 51 Vanilla ) oraz SinSkin MustHave Ultralight Serum Foundation ( C10 Light Nude ). Muszę przyznać, że robiąc swatche doznałam małego szoku – jeśli chodzi o odcienie,  a jednocześnie utwierdziłam się w przekonaniu, że podkład, po który sięgam najczęściej ( SinSkin ) prezentuje się najlepiej.
podkłady dla jasnej cery
Affinitone ma średnie krycie, ale plus za duży wybór odcieni i przystępną cenę. Nieco przeszkadza mi jego konsystencja – jest lejąca, a nakrętka denerwuje mnie przy każdym użyciu. Podkład ładnie wtapia się w skórę zachowując lekkość. Ma w sobie mikro-drobinki, które dają delikatny efekt rozświetlenia i musze przyznać, że ostatnio podoba mi się ten efekt. Mój odcień nie jest najjaśniejszym dostępnym kolorem. Superstay zaś jest bardzo gęstym podkładem o mocniejszym kryciu i ciężkiej strukturze – wybieram go więc na większe wyjścia. Kolor na twarzy pięknie się dopasowuje, na ręce zaś wygląda… różowo! Minusem jest mały wybór odcieni. Wykończenie ma w pełni matowe i nie daje efektu maski.  Jeśli chodzi o Bourjois to chyba nie ma osoby, która nie zna/nie używała 123 Perfect. U mnie był to absolutny ulubieniec przez bardzo długi okres czasu, ale ten najjaśniejszy odcień jest odrobine za ciemny – jednak tak bardzo go lubiłam, że udawałam, że tego nie widzę. Nie jestem pewna – ale wydaje mi się, że wprowadzono numerek 50 – który powinien być w sam raz, ale jeszcze go nie testowałam/ nie widziałam w sklepach. Po podkład SinSkin sięgnęłam podczas promocji Rossmanna bo zarówno produkt jak i marka była nowością a ceny standardowe są dość wysokie. Od tej pory to mój faworyt – szczególnie latem bo posiada filtr SPF25, a często mam w zwyczaju zapomnieć o tym kroku w pielęgnacji. Podkład występuje w dwóch wersjach – do cery suchej i normalnej oraz tłustej i mieszanej i wybór odcieni jest przyzwoity.
podkłady dla jasnej cery: swatche
 
 

KOREAŃSKIE KREMY BB

Latem lubię sięgać po lżejsze zamienniki podkładów i tak się złożyło, że wszystkie trzy tego typu produky w mojej kolekcji są azjatyckich marek – dwa kremy od Skin79 ( Dark Panda oraz Orange ) oraz jedna z moich nowości Missha M Perfect Cover ( no.13 ).  Sięgam po nie, gdy zależy mi na lekkim makijażu bądź gdy nie mam zbyt dużo czasu na malowanie.
 
podkłady dla jasnej cery
Zacznę od kremu Orange Skin79, który jest ze mną najdłużej i choć mam go w mini wersji, to nie miałam nigdy potrzeby aby sięgnąć po większą tubkę. Odcień jest stosunkowo jasny, ale nie na tyle aby polubiły się z nim bladziochy. Ma przyzwoite krycie i trwałość, nie jest ciężkim produktem. Nakładam go sporadycznie w niewielkich ilościach, bo jest bardzo wydajny. Kolejny krem od Skin79 – Dark Panda ma nieco jaśniejszy odcień  ( zdecydowanie lepszy! ) i niesamowicie go polubiłam, choć wykończenie ma rozświetlające – a raczej błyszczące. Bez przypudrowania wygląda dość kiepsko, chyba, że ktoś lubi taki efekt. Jest tańszy od poprzednika i często można dorwać go na promocji. Minusem są kolory – tylko 3 i to w różnych wersjach wykończeniowych. Jako trzeci i stosunkowo najnowszy w mojej kolekcji Missha M Perfect Cover, którego krycie oceniam nisko, podobnie jak skład, który niesamowicie mnie zapycha. Duży plus za przemyślane opakowanie oraz kolor ( no. 13 ), który naprawdę jest blady przez duże B. Jego cena w stosunku do pojemności jest przyzwoita, choć 50 ml produktu to według mnie zbyt dużo.

SZCZEGÓŁOWE RECENZJE:

 
MISSHA M PERFECT COVER RECENZJA ORAZ TEST NA ŻYWO

PODKŁADY JASNE TYLKO Z NAZWY?

Ostatnia grupa podkładów to głównie polskie marki, z wyjątkiem Catrice i Deborah. Łączy je również ograniczona dostępność stacjonarna, zwykle kupicie je tylko na firmowych stoiskach bądź przy odrobinie szczęścia – w drogerii Hebe. Od lewej: Deborah 24ORE Perfect ( 0 fair vanilla ), Paese Long Cover ( 01 porcelana ), Catrice HD Liquid ( 010 Light Beige), Pierre Rene Skin Balance ( Champagne ) oraz Pierre Rene Matte Active (02 Porcelain ).
Zacznijmy po kolei, podkład 24ORE Deborah to moja pierwsza styczność z marką i nie zrobił na mnie większego wrażenia, głównie przez odcień, który jest odrobinę zbyt różowy. Przy okazji nie wyróżnia się szczególnie ani trwałością ani kryciem więc nie sięgam po niego zbyt często. Podoba mi się za to efekt jaki daje na skórze – fajny mat i wygładzenie. Nie zbiera się również w załamaniach.

PODKŁADY DLA JASNEJ CERY – RECENZJE

Podkład Long Cover Paese testuję dopiero od kilku tygodni i muszę przyznać, że mimo trudnych warunków pogodowych całkiem daje radę. Zarówno odcień ( bardzo jasny ) jak i wykończenie jest fajne, krycie przy dwóch-trzech warstwach również przyzwoite. Bardzo pomysłowy aplikator w postaci szpatułki – wygodnie się z nim pracuje. Niestety ściera się niesamowicie szybko – choć przy tych temperaturach żaden podkład nie radzi sobie idealnie. Catrice HD Liquid to chyba najbardziej kultowy produkt ostatniego roku, którego jedni nienawidzą, drudzy uwielbiają. Ja początkowo średnio polubiłam się z jego lejącą się konsystencją i pipetą –  o czym już Wam pisałam, ale ostatnio wróciłam do niego i muszę go pochwalić za wytrzymałość – dał radę lepiej niż poprzednicy podczas gdy żar lał się z nieba. Podkład Skin Balance podobnie jak poprzednik odbił się sporym echem w blogosferze i tutaj w dużej mierze padały zachwyty. Na plus mogę ocenić jedynie odcień oraz ładne opakowanie. Niestety podkład ma tendencję do podkreślania suchych skórek, więc do suchej cery nie nadaje się kompletnie. Jestem posiadaczką przetłuszczającej się strefy T i niestety również w moim przypadku skóra wyglądała na przesuszoną. Nie odrzucam całkowicie tego produktu, napewno spróbuję do niego wrócić bliżej jesieni. Pierre Rene Matte Activ to jedyny podkład, którego nie testowałam na twarzy – dlaczego? Wystarczy spojrzeć na ten odcień, który z porcelaną niewiele ma wspólnego.
podkłady dla jasnej cery
Podsumowując – moim faworytem jest podkład SinSkin, którego używam ostatnio non stop. Nie zawiódł mnie na żadnej imprezie czy podczas mega upałów. Z zaufaniem sięgam również po Catrice HD Liquid oraz Long Cover Paese. Niestety żaden z podkładów nie ma typowo żółtych tonów i troszczkę mi tego brakuje w produktach drogeryjnych.
Jestem ciekawa, czy znacie któryś z zaprezentowanych kosmetyków oraz jakiego podkładu używacie aktualnie?
Mam wrażenie, ilość posiadanych przeze mnie paletek do makijażu już dawno przekroczyła zapotrzebowanie statystycznej kobiety. Nie wiem czy to już podchodzi pod obsesję, ale w ostatnim czasie mam ochotę na więcej i więcej. Do tej pory nie byłam zwolenniczką wydawania dużo pieniędzy na jeden produkt, ale miałam chęć posiadania choć jednej paletki Huda Beauty w końcu wzięła górę. Do zakupu przymierzałam się dobre dwa miesiące i w końcu promocja -20% na całą markę w sklepie Cult Beauty przekonała mnie do zakupu.
Wspominałam już, że byłam zdecydowana na konkretną paletkę? Dokładniej mowa o Huda Beauty Obsessions Mauve, ale kiedy weszłam na stronę sklepu moim oczom ukazała się ONA, pięknie nasycona ciepłymi kolorami paleta – Coral Obsessions, której w PL jeszcze nie ma. To była miłość od pierwszego wejrzenia, więc bez wahania dokonałam zakupu. Obiecałam sobie jednak, że i Mauve w końcu trafi w moje ręce. 
HUDA BEAUTY – CORAL OBSESSION: OPAKOWANIE, KOLORY, PIGMENTACJA




Paletka zamknięta jest w niewielkich rozmiarów kartonowe opakowanie zamykane na magnesik ( który swoją drogą trzyma niezawodnie ), wyposażona w lusterko. Kryje w sobie 9 absolutnie pięknych odcieni w ciepłej tonacji. ( muszę przyznać, że zanim trafiła w moje ręce wyobrażałam sobie ją nieco większą ). Kolory są intensywne i (zaskakująco?) mocno napigmentowane, z czego aż 7 to maty, a 2 to błyszczące a’la foliowe cienie. 

CORAL OBSESSIONS: SWATCHE


Swatche mówią same za siebie, kolory są absolutnie boskie i pigmentacja robi naprawdę spore wrażenie. Warto dodać, że nie używałam do ich zrobienia żadnej bazy, a aplikacja odbyła się za pomocą palca – na sucho. Cienie można również bez problemu aplikować na mocno, gdyby brakowało Wam intensywności. Zazwyczaj do nakładania używam tanich pędzli z Aliexpress, a cienie blendują się i łączą bez najmniejszego oporu. Nie również problemu z osypywaniem się. 


PALETA HUDA BEAUTY: MAKIJAŻ




Nie ukrywam, że lubię kiedy na oku dużo się dzieje i choć nie jestem profesjonalistką to uwielbiam bawić się z kolorami. Paletka daje naprawdę ogrom możliwości i spore pole do popisu, więc na obecną chwilę jeszcze się poznajemy.  Naprawdę ciężko mi zdecydować, który kolor jest moim ulubionym. 
Podsumowując Coral Obsessions świetnie wpisuje się w aktualne trendy w makijażu, paletka jest niewielka ale niesamowicie naładowana kolorami o niezwykle intensywnej pigmentacji. Jeśli lubicie makijaż w ciepłych tonach to stanowczo Wam ją polecam. Uwierzcie, można nią zdziałać cuda! 
Co sądzicie o tej paletce? Lubicie markę Huda Beauty?
Przygotowując się do dzisiejszego wpisu zdałam sobie sprawę, że bardzo rzadko piszę tutaj o kolorówce, a sama chętnie szukam tego tematu na innych blogach. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, bo testuję cały ogrom kosmetyków do makijażu. O Pierre Rene Skin Balance Cover słyszałam same super alternatywy i miałam ogromną ochotę go kupić, ale patrząc na moje zapasy w toaletce odkładałam to ciagle na później. W końcu nadarzyła się okazja i trafił w moje ręce, więc poddałam go intensywnym testom i dzisiaj mam dla Was pełną recenzję. Czy faktycznie jest czym się zachwycać? 
Pierre rene skin balance
Pierre rene skin balance

PIERRE RENE SKIN BALANCE

Zacznę od cech podstawowych produktu. Podkład Skin Balance Cover zamknięty jest szklanym opakowaniu z pompką, a sama szata graficzna jest stonowana i typowa dla marki Pierre Rene. Według producenta jest to wodoodporny podkład o mocnym kryciu. Mój kolor to 20. Champagne, czyli stosunkowo jasna wanilia bez dominacji ani żółtych ani różowych tonów. Pojemność to klasyczne 30 ml. Konsystencja fluidu jest lekka, niezbyt gęsta a samo krycie jest dość słabe, powiedziałabym, że lekkie w kierunku średniego. Warto dodać, że po ostatnio wykonanych badaniach moja cera okazała się być przesuszona choć zwykle mam problemy z błyszczeniem w strefie T.  Dodatkowo ostatnio zmagam się z niedoskonałościami i skłonnością do zapychania porów.
od góry: świeża warstwa, po 5 minutach
Pierwsze wrażenie podkład zrobił całkiem dobre, bo sam kolor jest w punkt dla mojej cery i produkt utlenia się w niewielkim stopniu. Nieźle się nim pracuje zarówno pędzlem jak i gąbeczką, choć ma niestety tendencję do smużenia się, więc najlepiej stemplować go właśnie gąbką. Niestety zawiodłam się na obiecywanym przez producenta kryciu – które przy jednej “dziennej” warstwie jest naprawdę kiepskie. Dopiero po nałożeniu kolejnej udało się co nie co zakryć. Warto dodać, że podkład potrzebuje kilku minut do zastygnięcia, więc trzeba uważać aby przypadkiem nie rozmazać go palcem. Poniższe zdjęcia prezentują podkład zaraz po aplikacji ( po lewej ) oraz po przypudrowaniu i wykończeniu makijażu ( po prawej ). Jak widać kosmetyk niebywale podkreśla suche skórki i celowo też nie użyłam korektora.

WARTO PRZECZYTAĆ: PODKŁADY DLA JASNEJ CERY- PRZEGLĄD, SWATCHE, RECENZJE 

Na powyższych zdjęciach pod podkład nałożyłam nową bazę L’oreal Infallible wygładzająco – zwężającą pory, a całość przypudrowałam pudrem ryżowym Ecocera. Kolejnego dnia postanowiłam nałożyć podkład bez bazy, jednak efekt podkreślenia suchych skórek i wszelkich mankamentów był identyczny. Dodam też, że specjalnie wieczór wcześniej wykonałam solidny peeling twarzy.
pierre rene skin balance
Powyżej możecie zobaczyć podkład po 6 godzinach od aplikacji. Niestety na minus oceniam nie tylko krycie, ale także trwałość bo makijaż po kilku godzinach nie prezentował się nawet umiarkowanie dobrze, było po prostu źle. Plusem jest to, że podkład nie zapycha skóry, a sam makijaż nie ciemnieje w ciagu dnia.
 
 
Podsumowując nie skreślam całkowicie tego podkładu, ale uważam, że nie nadaje się do suchej skóry. Z pewnością lepiej sprawdzi się u cer mieszanych w kierunku tłustej więc nie dziwię się, że wiele z Was jest z niego zadowolona. Na plus zdecydowanie zasługuje odcień, który w moim przypadku wpasował się świetne, ale poza nim dostępnych jest jeszcze 9 innych jasnych kolorów. Kto z Was się skusi?
Zdaję sobie sprawę, że zima to może niezbyt odpowiedni czas na testowanie kremów BB, bo zdecydowanie lepiej sprawdzają się u mnie latem, ale nie mogłam się powstrzymać. Od dłuższego czasu w sieci widzę mnóstwo “ochów i achów” na temat M Perfect BB Cream od Missha, że krycie świetne, nawilżenie rewelacyjne i najjaśniejszy kolor jest autentycznie jasny. Przeszukałam internet w poszukiwaniu najniższej ceny ( a wiecie że potrafię ) i płacąc niecałe 30 złotych trafiła w moje ręce całkiem spora tubka.



KONIECZNIE PRZECZYTAJ: 5 ZASAD, KTÓRE POZWOLĄ CI OSZCZĘDZIĆ
 NA ZAKUPACH ONLINE.

OPAKOWANIE, CENA
Muszę przyznać, że opakowanie M Perfect BB Cream jest dość zaskakujące – z jednej strony mamy tubkę, a z drugiej dodatkowo pompkę. Dość dziwne połączenie ale póki co się sprawdza. ( wydaje mi się, że może zapobiegać to niepożądanemu wydostawaniu się produktu, przez np. ściśnięcie tubki ) Pojemność też jest niezwyczajna – zazwyczaj w tego rodzaju kosmetykach jest to 30 ml, a tutaj zaskoczenie – aż 50 ml. ( przy regularnej cenie ok, 59,99 również nie wychodzi zbyt drogo ). Ciekawostka! Krem dostaniecie również o pojemności 20 ml – ale niestety nie ten najjaśniejszy nr. 13. Szata graficzna utrzymana w ciemnej czerwieni bardzo przypadła mi do gustu – wygląda elegancko i “drogo”.
SKŁAD
Skład (INCI): Water (Aqua), Cyclomethicone ( emolient – może być składnikiem zapychającym ), Ethylhexyl Methoxycinnamate ( filtr UVA II) , Zinc Oxide ( filtr UVA, UVB ), Caprylic / Capric Triglyceride ( emolient tłusty ), Mineral Oil ( olej mineralny – może zapychać), Phenyl Trimethicone, Talc, Arbutin ( ma działanie rozjaśniające ), Hydrolyzed Collagen ( słabszy od czystego kolagenu, ale ma działanie wygładzające i przeciwzmarszczkowe ), Dimethicone ( emolient suchy, ma działanie ochronne ), Macadamia Ternifolia Seed Oil, Squalane, ( substancja roślinna )Adenosine, ( substancja pochodzenia zwierzęcego o działaniu silnie przeciwzmarszczkowym ), Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone ( emulgator ), PEG-10 Dimethicone ( silikon, działanie wygładzające ), Polyethylene ( substancja syntetyczna ), Beeswax (Cera Alba) ( wosk pszczeli, naturalny emolient ), Glycerin, Propylene Glycol ( substancja syntetyczna, tworzy konsystencje ), Caviar Extract, Algae Extract, Rosa Canina Fruit Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Fagus Sylvatica Bud Extract, Ceramide 3 ( pełni funkcje natłuszczające ), Rosmarinus Officinalis (Rosemery) Leaf Extract ( wyciąg z rozmarynu, działa antybakteryjnie ), Chamomilla Reculita (Matricaria) Flower Extract ( olejek rumiankowy, działanie antybakteryjne ), Sodium Hyaluronate ( substancja syntetyczna, przeciwutleniacz ), Sodium Chloride ( chlorek sodu, substancja konsystencjotwórcza ), Fragrance (Perfum), Methylparaben ( parabeny ), Propylparaben ( parabeny ), Disodium EDTA ( konserwant ), Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde ( składnik kompozycji zapachowej, przypomina woń kwiatów ), Butylphenyl Methylpropional ( substancja zapachowa ), Benzyl Salicylate ( składnik kompozycji zapachowej ), Hydroxycitronellal (składnik przypominający zapach konwalii i lilii ), Alpha-Isomethyl Ionone ( kolejny składnik zapachowy – potencjalny alergen ), Hexyl Cinnamal ( zapach ), Linalool ( linalol ), Citronellol ( imituje zapach róży )
Może zawierać: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499).
Skład nie należy do szczególnie dobrych, szczególnie, że znajdziemy w nim parabeny ( których w tego rodzaju kosmetyku się nie spodziewałam ), substancje które niestety zapychają cerę ( drugi w składzie ), a także potencjalne alergeny ( wszystko oznaczone na czerwono ). Pierwszy raz też spotykam się z taką ilością kompozycji zapachowych w produkcie do makijażu. Oczywiście oprócz minusów są też pozytywne składniki jak całkiem spora ilość olejków naturalnych ( oznaczone na zielono ) – jednak w składzie znajdziemy je nieco daleko więc ich zawartość jest niewielka. 
KONSYSTENCJA, KRYCIE, TRWAŁOŚĆ 


Krem BB ma lekką, nieco wodnistą konsystencję o odrobine chemicznym zapachu. Nie jest męczący, ale do przyjemnych również nie należy. Krem potrzebuje dłuższej chwili do wchłonięcia, ale bardzo ładnie wtapia się w skórę – to bardzo mi się podoba. Zanim nałożymy puder warto chwilę odczekać. Krycie zdecydowanie należy do lekkich, z możliwością stopniowania i też różni się w zależności od metody aplikacji. Przy nakładaniu kremu pędzlem bądź gąbką jest delikatniejsze niż przy aplikowaniu go palcami. U mnie najlepiej pracuje się pędzlem typu oval brush.  Kolor numer 13 jest najjaśniejszym neutralnym odcieniem, brakuje mi w nim odrobiny żółtych pigmentów. Jest znacznie jaśniejszy od kremów Orange czy Dark Panda od Skin79, ale na swatchach widać różnicę w pigmentacji. Krem ładnie dopasowuje się do skóry i ostatecznie wygląda bardzo dobrze. Krem z powodzeniem utrzymuje się na twarzy przez 5 godzin, później wymaga już poprawek bądź użycia bibułek. ( oczywiście zawsze wykańczam makijaż pudrem ryżowym ) 

#nofilter
MOJA OCENA

Mam mieszane uczucia co do tego produktu. Z jednej strony byłam zachęcona wieloma pięknymi opiniami więc spodziewałam się hitu,  a z drugiej zderzyłam się ze składem i rzeczywistością. Używam go od czasu do czasu, bo mam autentyczne odczucie, że mnie zapycha. Bardzo do gustu przypadła mi konsystencja i kolor, który na zimę jest dla mnie w sam raz, a także to jak ładnie wtapia się na skórę. Gdybym miała go ocenić w skali 1-10 to dałabym mu 6, ale ulubieńcem niestety nie zostanie. 

Wolicie kremy BB czy tradycyjne podkłady? 
Nigdy nie byłam wielką fanką makijażu ust, jednak odkąd furorę robią pomadki matowe moja kolekcja produktów do ust stale się powiększa. Mam wielką słabość to intensywnych odcieni, a przez moją niechęć do poprawek cenię sobie trwałość. Z przyjemnością sięgam po kolejne matowe pomadki testując je pod kątem wytrzymałości oraz pigmentacji. Dzisiaj pokażę Wam nowości w moich zasobach, jednak ostrzegam – te perełki wprawiają zachwyt od pierwszego spojrzenia



O innych matowych pomadkach w mojej kolekcji pisałam tutaj: 


Przegląd matowych pomadek w płynie: Bell, Golden Rose, Inglot, Deborah Milano

Seria pomadek Rouge Velvet the Lipstick od Bourjois to 12 pięknych odcieni o matowym wykończeniu zamknięte w plastikowych wykręcanych opakowaniach.  Wyglądem przypominają klasyczne szminki, jednak nic bardziej mylnego, gdyż pięknie zastygają na ustach zachowując pełny mat. 
Konsystencja jest niczym masełko, produkt gładko sunie po ustach wypełniając je intensywnym kolorem. Delikatne muśnięcie pomadką i kolor pięknie wypełnia wargi. Nie potrzebne są dodatkowe warstwy. Kształt szminki pozwala na precyzyjne wykonanie makijażu ust, a satynowa powłoka w kilka chwil zastyga do matu i utrzymuje się w nienaruszonym stanie przez kilka godzin. 
W mojej kolekcji posiadam aż 6 odcieni i choć każdy z nich jest równie piękny i intensywny to moje serce skradł kolor 12, który jest połączeniem zgaszonej czerwieni i brązu. 
Pomadki są bardzo napigmentowane i z każdą z nich pracuje się rewelacyjnie. Na ogromny plus zasługuje ich trwałość, nawet jedzenie oraz picie nie jest im straszne. Ważną dla mnie cechą jest również to, że produkt jest niewyczuwalny na ustach. Pomadki kosztują w granicach 50 złotych, jednak są warte każdej złotówki. Dostępne są zarówno w drogeriach jak i sklepach internetowych. 
Który kolor najbardziej wpadł Ci w oko?
Ściskam.