Tag

nowość

Przygotowania do wiosennego sezonu w świecie Beauty trwają w najlepsze. Marki coraz che†niej stawiają na kolor, a przez to moja lista zakupowa robi się coraz dłuższa. Kusi mnie kilka nowości jeśli chodzi o palety do makijażu, które jak wiecie uwielbiam testować. Z pewnością w najbliższym czasie testów kosmetyków kolorowych pojawi się tutaj całkiem sporo.
Muszę przyznać, że nie jestem zwolenniczką zakupów jakichkolwiek cieni do powiek w drogeriach. Na palcach jednej ręki zliczę paletki, które zrobiły na mnie jakiekolwiek wrażenie. Zdecydowanie więcej jest tych, o których ciężko powiedzieć cokolwiek dobrego. Niedawno, całkiem przypadkiem ( z klubu Wizażu ) trafiły do mnie nowości od Maybelline, z których w szczególności zainteresowała mnie paletka cieni. Czy jest warta zainteresowania?
recenzja na blogu tinaha

LEMONADE CRAZE: PIERWSZE WRAŻENIE

Muszę przyznać, że paleta na pierwszy rzut oka prezentuje się interesująco, żółty kolor opakowania skutecznie przyciąga wzrok, a przy okazji od razu widać jej zawartość. W środku znajduje się 12 cieni do powiek o zróżnicowanej gramaturze. Początkowo miałam mylne wrażenie, że cztery większe kosteczki to rozświetlacze i bronzer, jednak jak się okazało to również są cienie. Być może producent sugeruje, że będą one najcześciej używane. Kolory tworzą ciekawą kompozycję, gdyż z jednej strony dominują tutaj neutralne barwy, ale z drugiej jest kilka bardziej odważnych odcieni. Do paletki nie jest dołączony żaden pędzel ani aplikator, co rzadko zdarza się przy drogeryjnych produktach. Osobiście mi to nie przeszkadza, bo nigdy z nich nie korzystam. Paletka jest bardzo lekka, a sam plastik, z którego jest wykonana niestety nie wygląda na zbyt wytrzymały.
 
recenzja na blogu tinaha
 

LEMONADE CRAZE: KOLORY, PIGMENTACJA, SWATCHE

recenzja na blogu tinaha
Paleta złożona z 12 cieni tworzy całkiem przyjemną kompozycję. Są tu kolory, które pozwolą stworzyć zarówno dzienny makijaż jak i taki z odrobiną szaleństwa. Każdy odcień ma swoją nazwę, co uważam za świetny pomysł. Choć kolory na swatchach wypadają nienajgorzej, a w przypadku niektórych ( sugar coated, lemonade craze czy ice pop ) nawet przyzwoicie, to przy pracy pędzlami jest już gorzej. Aby wydobyć pigment trzeba nieźle się napracować nakładając nawet kilka warstw. Nie jest to więc paletka, którą zrobicie szybki i efektowny makijaż. Najlepiej ze wszystkich spisuje się tytułowy cień, ale to zdecydowanie za mało aby wywołać u mnie zachwyt ( choć za żółtym szaleje w ostatnim czasie ).
recenzja blog
 Zdaję sobie sprawę, że nie jest to paletka wysoko-półkowa, ale ciężko porównać ją choćby do marki MUR, która nie raz pokazała, że niedrogie palety mogą kryć w sobie moc. Podsumowując cienie nie są tak intensywne jak bym sobie życzyła, ale jeśli zależy Wam jedynie na dodaniu odrobiny charakteru dziennemu makijażowi to z pewnością się nie zawiedziecie.
tinaha.pl

MAYBELLINE LEMONADE CRAZE – HIT CZY KIT?

Stojąca na półkach drogerii paleta Lemonade Craze poza przyciągającym wzrok opakowaniem nie wyróżnia się specjalnie na tle swoich koleżanek. Mimo, że kolory są ciekawe, to niestety pigmentacja i trwałość cieni pozostawiają wiele do życzenia. W cenie obowiązującej stacjonarnie choćby w Rossmannie czyli ponad 77,99 złotych nie poleciłabym jej nikomu, jednak online jest dostępna z ułamek tej kwoty ( ok. 25 pln ), co uważam, że jest bardziej odpowiednią kwotą jaką można przeznaczyć na ten produkt.
tinaha.pl
Paletkę testowałam kilkakrotnie i w żadnym wypadku nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Zdecydowanie liczyłam na więcej intensywności i miałam nadzieję, że w ciekawym opakowaniu kryje się równie interesująca zawartość. Niestety w mojej ocenie to bardziej kit, niż hitowy produkt.
Jestem ciekawa czy macie wśród marki Maybelline swoich kosmetycznych ulubieńców? Podzielcie się koniecznie!
Wchodząc z założenia, że każda kobieta uwielbia zarówno kosmetyki jak i niespodzianki ( osobiście nie znam takiej, która nie lubi ) to nic dziwnego, że jest popyt na boxy kosmetyczne. Z jednej strony to spora oszczędność, bo wartość zazwyczaj znacznie przekracza cenę pudełka to jeszcze ten dreszczyk emocji kiedy kurier dostarcza naszą paczuszkę. Niestety mam wrażenie, że będące na topie niegdyś pudełka zrobiły się … zwyczajnie przeciętne. Nie wiem czy to przez brak pomysłów czy po prostu marki osiadły na laurach. Długo czekałam, aż na pudełkowym rynku pojawi się świeża krew, coś co przywróci moją miłość do boxów kosmetycznych. No i w końcu nadeszła ta chwila…

I LOVE BOX: Z MIŁOŚCI DO KOSMETYKÓW

Pudełko będące częścią marki I love … cosmetics pojawiło się na rynku tuż przed świętami. W ofercie znalazły się dwie wersje boxa: standard za 69,99 zł oraz premium za 89,99 zł. Co najważniejsze – aby zachować najwyższą jakość zawartości, I love box będzie dostępny raz na kwartał ( + edycje specjalne ). Myślę, że to doskonały pomysł, ponieważ spokojnie można zużyć zawartość jednej edycji zanim pojawi się kolejna i nie ma problemu z niepotrzebnym nagromadzeniem się kosmetyków, a po drugie przyjemność z oczekiwania na kolejne pudełko jest większa.
Grafika pochodzi z fanpage I Love Box

MOCNE WEJŚCIE NA RYNEK

Marka I love Box miała całkiem dobre wejście na rynek, bo pierwsze pudełko było świetnie ukierunkowane na dzielenie się. W boxie znalazły się dwa zestawy prezentowe: duży i mały, świeca w ubranku ( co także było gotowym prezentem ) a także kula do kąpieli i całkowita nowość – produkt marki Spongelle – gąbka nasączona mydełkiem o właściwościach pielęgnacyjnych. Firma niebawem pojawi się na półkach drogerii Douglas i z przyjemnością będę przyglądać się kolejnym jej produktom. Gąbeczka w pudełku miała swoją przed premierę! Jestem niezwykle ciekawa nadchodzącej edycji – gdyż zapowiada się naprawdę nieźle! Sprzedaż walentynkowej edycji wystartowała 10 stycznia, a już kilka dni później wszystkie boxy premium zostały wyprzedane! Wszystko za sprawą kuferka kosmetycznego, który jest połączeniem świetnego designu i funkcjonalności.
Obecnie dostępne są jeszcze pudełka standardowe w cenie 69,99 pln, a z tego co wiem, ich zawartość będzie równie ciekawa! Zdradzę Wam w tajemnicy, że znajdzie się w nich najlepsza według blogerek pomadka matowa, której nie było w żadnym dostępnym na rynku boxie! Będziecie zachwycone, tym bardziej, że same możecie wybrać odcień!
Na kanale pokazywałam Wam unboxing grudniowej edycji I Love Box. Musicie to zobaczyć!
 

CIEKAWOSTKI DOTYCZĄCE I LOVE BOX

Doszukałam się także informacji, która może Was zainteresować – bowiem każdy, kto w jednym roku zamówi min. 4 dowolne pudełka otrzyma całkiem bezpłatnie box na mikołajki! Myślę, że to ciekawa forma doceniania stałych klientów, a jednocześnie nie ma jak subskrypcje, więc kupujecie tylko te boxy, które chcecie. Ja mogę odhaczyć pierwsze pudełko, bo z niecierpliwością wyczekuję edycji walentynkowej!
Na Instagramie I Love Box trwa obecnie rozdanie, w którym do zgarnięcia jest walentynkowa edycja pudełka – w sam raz dla tych, który nie są jeszcze przekonani do zakupu i liczą na odrobinę szczęścia. Oczywiście udział może wziąć każdy, kto ma konto na Instagramie i obserwuje profil marki.
Pewnie zastanawiacie się skąd tyle wiem? Otóż udało mi się porozmawiać z pomysłodawczynią nowego pudełka kosmetycznego, więc informacje mam z pierwszej ręki! Myślę, że projekt jest bardzo ciekawy, dlatego trzymam kciuki, aby I love box utrzymał się na dobrym poziomie. Będę Was informować na bieżąco!
Jestem ciekawa, czy lubicie tego rodzaju pudełka niespodzianki a może podchodzicie do tego nieco sceptycznie?
 
 
 
 
 
 
 
O tym, że mam lekką ( leciuteńką ) obsesję na punkcie cieni do powiek chyba nie muszę Wam przypominać i choć w mojej toaletce na paletki mam przeznaczoną największą szufladę to kończy się tam powoli miejsce. Nic więc dziwnego, że kiedy widzę jakieś nowości w tej kategorii to oczy świecą mi się jak lampki choinkowe, a moja podświadomość mówi ‘kup, kup, kup’. Staram się jednak walczyć sama ze sobą, bo przecież nie można mieć wszystkiego, ale ale…kiedy w moje ręce trafia przesyłka niespodzianka z cudowną zawartością to mogę się nią cieszyć bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Zapraszam na przegląd nowych cieni foliowych marki Paese, których premiera odbyła się zaledwie kilka dni temu.
FOIL EFFECT EYESHADOWS

Nowe błyskotki od Paese to kolekcja 8 foliowych cieni pojedynczych wzbogaconych o cerafluid (zapewnia skórze gładkość, elastyczność i nawilżenie. Spłyca i wypełnia drobne zmarszczki ),
olej rycynowy daje efekt welwetowej, gładkiej skóry oraz zapewnia piękny połysk ) oraz żywicę silikonową zwiększa przyczepność kosmetyku do skóry gwarantuje efekt non-transfer – cienie nie migrują i nie odbijają się ).  Warto również dodać, że cienie są odpowiednie dla wegan, można aplikować je zarówno na sucho jak i na mokro, są całkowicie bezzapachowe a inspiracją ich powstania były kamienie szlachetne.


SWATCHE FOLIOWYCH CIENI PAESE

Jak już wspominałam nowa kolekcja to 8 kolorów, w których znajdziemy delikatne błyskotki idealne do rozświetlenia dziennego makijażu, intensywne kolory dla odrobiny szaleństwa i mocne odcienie w sam raz do smoky. Na prawdę ciężko zdecydować, który kolor podoba mi się najbardziej, więc generalnie wśród moich ulubieńców znalazły się numery 301, 304 oraz 305. 
MAKIJAŻ CIENIAMI FOLIOWYMI PAESE

Cienie zachwyciły mnie nie tylko swoimi kolorami, ale również konsystencją, która jest bardzo kremowa i mięciutka. Dodatkowo kolory jak już widzieliście na swatchach są niesamowicie napigmentowane.  O błysku, nie muszę nawet wspominać, bo doskonale widać jak pięknie odbijają światło. Przy makijażu oka wykorzystałam dwa kolory – 304 oraz 305, nakładając je na lekko brązowawy bazowy kolor.  Najlepiej cienie aplikuje się przy pomocy opuszków palców delikatnie wklepując je w powiekę bądź przy użyciu najzwyklejszego aplikatora. Na koniec użyłam puchatego pędzelka aby rozmyć krawędzie. 
CZY WARTO KUPIĆ CIENIE PAESE FOIL EFFECT ?

W mojej ocenie cienie są absolutnie rewelacyjne, zarówno jeśli chodzi o kolory jak ich konsystencję i efekt, jaki można dzięki nim uzyskać. Ogromnym plusem jest to, że są to pojedyncze opakowania, więc można wybrać jedynie interesujące nas kolory np. najjaśniejsze do rozświetlenia wewnętrznego kącika oka. Przy okazji nie zajmują wiele miejsca, więc bez problemu zmieszczą się do podróżnej kosmetyczki. Niestety przy obecnie panującej pogodzie nie polecam nakładać ich bez wcześniejszej aplikacji bazy pod cienie bo niestety zbierają się w załamaniach – szczególnie jeśli jak ja zmagacie się z opadającą powieką. Cienie kosztują ok 25 złotych za sztukę, więc kompozycja 8 kolorów to koszt 200 złotych – czy to dużo czy mało oceńcie już sami. 
Wpis nie jest sponsorowany, ale cienie otrzymałam bezpłatnie. 
Znacie markę Paese?
Nie mogę uwierzyć, że minęły już 3 miesiące odkąd zostałam ambasadorką drogerii Noel (drogeriaewa.pl ) i kilka dni temu trafiła do mnie ostatnia już przesyłka od sklepu. Wiem, że lubicie czytać o nowościach dlatego zapraszam Was na przegląd zawartości i pierwsze wrażenie jakie zrobiły na mnie produkty. Gotowi? 
Trzecia paczka ambasadorki drogerii Noel to 6 produktów, w tym 5 kosmetyków oraz kobiecy gadżet. Wśród produktów znalazły się zarówno te do pielęgnacji jak i makijażu, ale także jeden męski kosmetyk. 
BIELENDA CC CREAM BODY PERFECTOR 10w1



Produkt bardzo intrygujący, który jak obiecuje producent pełni wiele funkcji: maskuje niedoskonałości, wyrównuje koloryt skóry, rozświetla czy neutralizuje zaczerwienienia oraz pajączki. Nie ukrywam, że kiedy to wszystko przeczytałam patrzyłam na produkt z niedowierzaniem, więc od razu zabrałam się za testy i …. byłam bardzo zaskoczona. Krem naprawdę sprawia, że skóra wygląda zdecydowanie lepiej. Takie połączenie photoshopa i samoopalacza w jednym, ale w pozytywnym znaczeniu. Myślę, że poddam ten krem intensywniejszym testom i wrócę do Was z obszerną recenzją, ale w pierwszym wrażeniu wypadł naprawdę nieźle. 
AA HYDRO SORBET 



Nazwa kosmetyku przywodzi mi na myśl wakacyjną przekąskę czy deser, jednak w tym bardzo zgrabnym plastikowym słoiczku ukryty jest krem z przeznaczeniem do cery normalnej. Kosmetyk ma lekką konsystencję, delikatny zapach i stosunkowo szybko się wchłania, jednak na dłuższą metę nie jestem przekonana czy sprawdzi się przy mojej mieszanej cerze, która nie ukrywam jest cholernie wymagająca. 

DR IRENA ERIS AUTHORITY



Kosmetyki tej marki interesowały mnie od dłuższego czasu, a krem na noc właśnie mi się skończył więc produkt trafiony w punkt. Nie ukrywam, że mam wobec duże oczekiwania. Bardzo podoba mi się szata graficzna, która sprawia wrażenie luksusu i elegancji. Uwielbiam dobrze wyglądające produkty. Konsystencja jest niezbyt treściwa a zapach odrobinę zbyt sztucznie perfumowany. Ogólnie krem pierwsze wrażenie zrobił całkiem dobre, ale na pełną ocenę potrzebuje zdecydowanie więcej czasu. 
NIVEA MEN ŻEL DO GOLENIA


Ten produkt bardzo ciężko będzie mi ocenić, szczególnie, że mój mąż nie używa tego rodzaju kosmetyków. W sieci można znaleźć wiele różnych trików z użyciem produktów do golenia, więc zapewne znajdę dla niego zastosowanie, w najgorszym przypadku oddam komuś z rodziny.

VIPERA ART&SCIENCE MASCARA



Musze przyznać, że nie do końca wiem skąd taki pomysł na nazwę tuszu do rzęs, więc skupię się na tym co ważne. Szczoteczka jest silikonowa, włoski zwężają się ku końcowi. Ten kształt pozwala bez problemu dotrzeć w kąciki oka. Maskara daje naturalny, dzienny efekt podkręconych rzecz bez większego wow. Nie jest to produkt, który spektakularnie wydłuży i podkreśli rzęsy. 
TOP CHOICE SILICONE SPONGE



Silikonowa gąbeczka do aplikacji podkładu, o której swego czasu ( w okolicach premiery ) było dość głośno. Pamiętam nawet, że zamówiłam oryginalną za granicą ale nigdy do mnie nie dotarła, więc chętnie sprawdzę na własnej skórze jak się sprawdza. Muszę przyznać, że jeszcze jej nie używałam, ale jeśli będzie warta uwagi to pokażę ją Wam w teście na żywo. 
Jak widać zawartość przesyłki bardzo różnorodna i żadnego z produktów nie miałam okazji wcześniej używać, więc przyjemność testowania podwójna. Lubicie takie kosmetyczne prezenty?
Latem nie ma niczego lepszego ( oczywiście poza słońcem ) niż dostęp do świeżych, sezonowych owoców. Ja w szczególności uwielbiam truskawki, borówki, czereśnie oraz jeżyny. Na całe szczęście kosmetyki w moich ulubionych smakach dostępne są przez cały rok. Dzisiaj opowiem Wam o naprawdę bajecznie pachnącym produkcie, który błyskawicznie skradł moje serce. Zainteresowani? 
TRUSKAWKOWY PEELING OH!TOMI
Wiem, że nie każdy lubi zapach kawy więc dzisiejszy produkt zdecydowanie Was zainteresuje. Ja sama jestem ogromną fanką kawowych kosmetyków, ale wiosną i latem mam ochotę na coś świeżego. Scruby marki Oh!Tomi z kolekcji Dreams dostępne są w 9 soczystych zapachach, z których na początek wybrałam truskawkę. Peelingi oprócz nietuzinkowej szaty graficznej cechują się bardzo krótkimi i konkretnymi składami oraz nie są testowane na zwierzętach
Poniżej skład z objaśnieniami:
Sucrose ( cukier ), Butyrospermum Parkii Butter ( masło shea ), Vitis Vinifera Seed Oil ( olej z pestek winogron ), Parfum ( substancja zapachowa ), Lecithin ( Lecytyna ), Ascorbyl Palmitate ( witamina C ), Helianthus Annuus Seed Oil ( olej z nasion słonecznika ), Tocopherol ( witamina E ), Aqua, CI 16255.
Nie znajdziemy w nim żadnych SLSów! Przyjemnie prawda?
Wspominałam już, że peelingi robione są ręczne?
WYGLĄD, ZAPACH, KONSYSTENCJA
Jestem oczarowana opakowaniem, które zdecydowanie wyróżnia się na tle innych produktów. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam motyw jednorożca, a w połączeniu z cukierkowo-pastelowymi kolorami kupuje mnie totalnie. Zdaje sobie sprawę, że produktów nie ocenia się po wyglądzie, ale musicie przyznać, że ładne opakowanie na spory wpływ na to czy sięgniemy po dany produkt czy też nie. Słoiczek ma pojemność 250 gram i co ważne, po otwarciu termin przydatności to 3 miesiące. 
Wspominałam już, że peeling pachnie obłędnie? Konsystencja jest gęsta, gruboziarnista, a kolor intensywnie czerwony. Wszystko mocno przypomina truskawki, aż czasami mam ochotę skosztować odrobinę. Bardzo cieszy mnie fakt, że całość jest zbita – nie nazbyt lejąca ani sypka, bo niestety miałam już przypadki nieumyślnego wywalenia peelingu do kąpieli. 
DZIAŁANIE I EFEKTY STOSOWANIA PEELINGU
Dzięki swej zbitej konsystencji produkt jest wydajny, wystarczy odrobina na każdą partię ciała, którą chcemy poddać zabiegowi. Peeling ma całkiem spore drobiny, więc raczej należy do tych intensywnie wpływających na skórę. Kosmetyk zwykle aplikuję podczas wieczornej kąpieli na mokre ciało, wmasowując drobinki kolistymi ruchami, po czym zostawiam na chwilkę a następnie spłukuję. Efekty widoczne są natychmiast po kąpieli, gdyż skóra jest zdecydowanie zmiękczona i przyjemna w dotyku, a regularne ( 2 razy w tygodniu ) stosowanie dodatkowo ją ujędrnia. Dzięki zawartemu w peelingu masłu shea, skóra jest odpowiednio nawilżona, a witaminy dodatkowo ją odżywiają. Zapach utrzymuje się jeszcze długo po aplikacji. 
CZY WARTO KUPIĆ PEELING OH!TOMI?

To moje pierwsze spotkanie z OH!TOMI i czuję się absolutnie przekonana by sięgnąć po kolejne produkty tej marki – a jest w czym wybierać: masła, pianki do mycia czy sole do kąpieli. Ceny jak za tak dobre składy są przystępne – dla przykładu peeling kosztuje w granicach 59 złotych. Bardzo cieszy mnie fakt, że za całą tak piękną szatą graficzną stoi naprawdę dobry produkt – takie połączenie wygląd + zawartość sprawiają, że chcę więcej i więcej. Tylko na co się zdecydować?
Nie będzie łatwo, tym bardziej że mam dla siebie i dla Was kod rabatowy -10% na całą ofertę sklepu ohtomi.pl, ważny do 31.07.2018! Wpisujcie przy zamówieniu “tinahaoficjalnie” i cieszcie się zniżką!


Przyznać się, kto regularnie wykonuje peeling ciała? Kojarzycie markę Oh!Tomi?
Jako, że moimi odbiorcami są głównie kobiety to nikogo nie zdziwi stwierdzenie, że jestem mistrzynią niezdecydowania. Nieważne czy chodzi o ważne życiowe decyzje czy wybór żelu pod prysznic. Podobnie mam z włosami, które zazwyczaj  wyglądają na kręcone, choć w mojej ocenie jest to bardziej “artystyczny nieład”. Często kombinuję z nimi jak mogę: kręcę, prostuję, zaplatam w warkocze.



Jeśli śledzicie moje social media to z pewnością już wiecie, że zostałam ambasadorką sklepu Neo24.pl we współpracy z marką Remington. Na czym polega moje zadanie? Testuję sprzęty, a potem albo je Wam polecam albo odradzam. Dzisiaj pod lupę biorę prostownicę Remington S6500. Jak już wspomniałam, moje włosy to istny chaos, więc świetnie nadają się do testów. 

ZALETY I WADY PROSTOWNICY 



Remington S6500 Sleek&Curl to tak naprawdę urządzenie dwufunkcyjne – oprócz prostowania możemy nim również kręcić loki. W pudełku oprócz sprzętu znajdują się dokumenty ( gwarancja aż 3 lata ), płyta  DVD z włosowymi inspiracjami oraz etui odporne na wysokie temperaturę. Prostownica ma świetny i minimalistyczny design i co najważniejsze jest leciutka, więc ręka nie męczy się przy długotrwałej stylizacji włosów. Sprzęt wyposażony jest w wyświetlacz LCD z możliwością regulacji temperatury w zakresie 150ºC – 235ºC.  Do zalet z pewnością mogę zaliczyć też obrotowy przewód oraz długie płytki prostujące ( 110 mm ).  


Prostownicę można zablokować w stanie zamkniętym, co w połączeniu z etui pozwala na spakowanie jej nawet gdy jest jeszcze gorąca. Dla zapominalskich ważna funkcja – sprzęt automatycznie wyłączy się po 60 minutach. Minusem, który zauważyłam podczas długich testów jest nadmierne nagrzewanie się konstrukcji, więc trzeba uważać.


MOJE WRAŻENIA

Uwielbiam siebie w wyprostowanych włosach, choć nieczęsto mam ochotę na długotrwałe męczenie włosów. Tutaj nie ma z tym problemu, gdyż prostownica jest gotowa do użycia w 15 sekund, a jedno pasmo włosów wystarczy przeciągnąć nagrzanymi płytkami dwa razy. Podoba mi się, że efekt końcowy jest bardzo naturalny, a włosy nie wyglądają na oklapnięte. Prostowanie całej głowy zajmuje zaledwie 10 minut, więc uważam, że to świetny wynik. 



Niestety kręcenie loków przy mojej długości wymaga więcej praktyki – w tej kwestii poradziłam sobie zdecydowanie gorzej, gdyż udało mi się podkręcić zaledwie kilka pasm. Nie obyło się tutaj bez poparzonego paluszka, gdyż tak jak wspominałam część na której znajdują się płytki dość mocno nagrzewa się również od zewnątrz. Na szczęście moje włosy z natury są “kręcone” więc w stylizacji ich zależy mi głównie na ich wyprostowaniu. Uważam jednak, że podwójna funkcjonalność sprzętu do spora zaleta.

naturalnie kręcone czy wyprostowane?

 Bardzo podoba mi się również możliwość ustawienia temperatury, dzięki czemu mogę dostosować ją do moich potrzeb.  Wszystkich poszukujących dobrego sprzętu ucieszy również fakt, że prostownica kosztuje poniżej 100 złotych i jest dostępna w sklepie Neo24.pl z darmową wysyłką! Podsumowując bardzo polubiłam się z urządzeniem od Remingtona i z pewnością częściej zobaczycie mnie w wyprostowanych włosach. 


A jak to jest z Waszymi włosami – wolicie proste czy kręcone?