Tag

gadżety

Czy Wam też na myśl o myciu pędzli przechodzą dreszcze? Jeszcze jakiś czas temu odkładałam to w nieskończoność, a później domywanie resztek produktów trwało wieczność. Teraz zajmuje mi to dosłownie chwilę, więc z czystym sumieniem mogę przyznać się – że myję pędzle raz w tygodniu. Dzisiaj będzie więc o kosmetyku, który kosztuje zaledwie kilka złotych a zadba o pędzle jak nikt inny i jak będzie trzeba to również będzie pielęgnował Twoje ciało. 

Olejek Isana to żadna nowość na rynku, gdyż na drogeryjnej półce stoi od lat. Pewnie nie raz mignął Ci podczas zakupów, a nawet nie pomyślałaś, że to taki mistrz w myciu pędzli. Polecają go nawet znane makijażystki – więc coś w tym musi być. Co prawda nie jestem posiadaczką pędzli za kilkaset złotych mianowane produktem najwyższej jakości, bo swoje akcesoria zamawiam na Aliexpress. ( swoją drogą jakość tych pędzli jest świetna, chętnie zrobię o tym wpis!) Nie testowałam więc olejku na naturalnym włosiu, gdyż takiego do swoich makijażu nie stosuję. 
Olejek ma dość specyficzny zapach, który nie każdego urzeknie, a jego główną funkcja jest pielęgnacja ciała. Niestety do mnie kompletnie nie przemawia używanie go w kąpieli, dlatego znalazłam na niego inny sposób. Okazuje się, że ten niedrogi kosmetyk rewelacyjnie rozpuszcza resztki produktów do makijażu, a włosie po myciu jest mięciutkie. Zapach na szczęście szybko się gdzieś ulatnia. Oczywiście oprócz pędzli olejek doskonale czyści gąbeczki. 
Jak często należy myć pędzle? 
Mówiąc, że po każdym użyciu byłabym nieszczera – bo sama myję je raz w tygodniu. Na szczęście nie kupuję drogich pędzli, więc mam ich kilka kompletów, które używam zamiennie. Często też, szczególnie w przypadku pędzelków do oczu używam tych samych kolorów, dlatego nie mam problemu z użyciem “ubrudzonych” sztuk. Najczęściej jednak warto myć te pędzle, którymi nakładamy produkty mokre – gdyż te znacznie głębiej osiadają we włosiu i szybciej powodują rozmnażanie się bakterii. 
W jaki sposób myć pędzle? 

Ja zawszę używam w tym celu chłodnej wody delikatnie zwilżając jedynie włosie. Nakładam odrobinę olejku na brush egg ( ale spokojnie możecie myć pędzle w dłoniach ) i pocieram końcówką o wypustki. Płuczę je ponownie strumieniem wody i delikatnie odciskam nadmiar w dłoni. Czynność powtarzam wyłącznie w przypadku podkładów. Układam na rozłożonym ręczniku papierowym i pozostawiam do wyschnięcia. Pędzle wyglądają jak nowe. 
Mam nadzieję, że dbacie o wasze akcesoria do makijażu systematycznie a dzisiejszy post był jedynie podpowiedzią, a nie przypomnieniem. Jeśli macie ochotę to puśćcie ten wpis w świat, niech inni się dowiedzą. Dajcie znać czy macie ochotę na recenzję pędzli z Aliexpress? 
Ściskam!
Jakiś czas temu miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu blogerek Beauty Flash w Krakowie, gdzie oprócz warsztatów miałam okazję spędzić nieco czasu na targach kosmetycznych LNE, które odbywały się w tym samym miejscu. Tego typu targi to świetne miejsce dla profesjonalistów czy salonów kosmetycznych, jednak dla Nas, zwykłych blogerek to jedynie miejsce na małe zakupy. Wraz z dziewczynami: Magdą oraz Justyną najwięcej czasu spędziłyśmy na chińskim stoisku z niemal wszystkimi rzeczami jakie potrzebne są do tworzenia hybryd. Poprzez naklejki, pilniki, suszarki po różnej maści gadżety. Nie mogłam powstrzymać się, żeby nie zrobić małych zakupów, a wśród nich znalazły się m.in naklejki, które są elementem ostatniego mojego manicure ( szczegóły klik ), jak również bohater dzisiejszego wpisu – zestaw klipsów do usuwania hybryd. 



Na pierwszy rzut oka rzucił mi się ich kolor – cukierkowy róż, którego nie sposób nie przeoczyć, a drugim decydującym aspektem była cena – 10 złotych za komplet 10 klipsów. Uznałam, że chętnie przetestuję dla Was ten gadżet, tym bardziej, że bez problemu kupicie go on-line ( z wysyłką ok 14 złotych ). 
Zacznę od tego, że do tej pory hybrydę ściągałam za pomocą wacików oraz folii aluminiowej, co sprawiało, że cały ten proces był najgorszą częścią noszenia hybryd. Folia zazwyczaj zsuwała się z palców i ciężko było założyć folie na obie dłonie.  



W przypadku klipsów miałam obawy o ich utrzymanie się na palcach, jednak szybko okazało się, że trzymają się zdecydowanie lepiej niż mogłabym sobie wyobrazić. Nawet próby machania rękoma nie zdołały zrzucić klipsów. Zawiasy chodzą lekko i nie ściskają do bólu palców. Z założeniem klipsów nie miałam większych problemów.  Jedyny minus jaki zauważyłam jest taki, że nasączony acetonem wacik szybciej wysycha niż w przypadku owinięcia go folią.  W przypadku bardziej mocniejszych kolorów, w tym czarny te kilka minut trzymania w klipsie może być za mało. 



Jedynym pomysłem jaki w tej chwili przychodzi mi do głowy to ponowne nasączenie waciku płynem bądź owinięcie wacika folią i dopiero założenie klipsa, co w obydwu przypadkach wiąże się z wydłużeniem czasu ściągania hybryd. 

Klipsy używałam dopiero raz, ale i tak jestem z nich zadowolona i napewno będę używać w przyszłości. Ciekawy, a tym bardziej niedrogi gadżet, na który każdy może sobie pozwolić, a małe mankamenty są zawsze do dopracowania. W mojej ocenie 7/10 😉 


Jestem ciekawa, w jaki sposób wy ściągacie swoje hybrydy? Słyszałyście o tych klipsach, a może macie inną ciekawą alternatywę? Koniecznie dajcie znać!