Tag

hit

Przygotowując się do dzisiejszego wpisu zdałam sobie sprawę, że bardzo rzadko piszę tutaj o kolorówce, a sama chętnie szukam tego tematu na innych blogach. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, bo testuję cały ogrom kosmetyków do makijażu. O bohaterze dzisiejszego postu słyszałam same super alternatywy i miałam ogromną ochotę go kupić, ale patrząc na moje zapasy w toaletce odkładałam to ciagle na później. 
Wspominałam Wam już, że zostałam ambasadorką sieci drogerii Noel i w pierwszej przesyłce ambasadorskiej znalazłam właśnie go… kultowy już podkład Skin Balance Cover od Pierre Rene. Poddałam go intensywnym testom i dzisiaj mam dla Was pełną recenzję. Czy faktycznie jest czym się zachwycać? 
Zacznę od cech podstawowych produktu. Podkład Skin Balance Cover zamknięty jest szklanym opakowaniu z pompką, a sama szata graficzna jest stonowana i typowa dla marki Pierre Rene. Według producenta jest to wodoodporny podkład o mocnym kryciu. Mój kolor to 20. Champagne, czyli stosunkowo jasna wanilia bez dominacji ani żółtych ani różowych tonów. Pojemność to klasyczne 30 ml. Konsystencja fluidu jest lekka, niezbyt gęsta a samo krycie jest dość słabe, powiedziałabym, że lekkie w kierunku średniego. Warto dodać, że po ostatnio wykonanych badaniach moja cera okazała się być przesuszona choć zwykle mam problemy z błyszczeniem w strefie T.  Dodatkowo ostatnio zmagam się z niedoskonałościami i skłonnością do zapychania porów. 
od góry: świeża warstwa, po 5 minutach
Pierwsze wrażenie podkład zrobił całkiem dobre, bo sam kolor jest w punkt dla mojej cery i produkt utlenia się w niewielkim stopniu. Nieźle się nim pracuje zarówno pędzlem jak i gąbeczką, choć ma niestety tendencję do smużenia się, więc najlepiej stemplować go właśnie gąbką. Niestety zawiodłam się na obiecywanym przez producenta kryciu – które przy jednej “dziennej” warstwie jest naprawdę kiepskie. Dopiero po nałożeniu kolejnej udało się co nie co zakryć. Warto dodać, że podkład potrzebuje kilku minut do zastygnięcia, więc trzeba uważać aby przypadkiem nie rozmazać go palcem. Poniższe zdjęcia prezentują podkład zaraz po aplikacji ( po lewej ) oraz po przypudrowaniu i wykończeniu makijażu ( po prawej ). Jak widać kosmetyk niebywale podkreśla suche skórki i celowo też nie użyłam korektora.  
Na powyższych zdjęciach pod podkład nałożyłam nową bazę L’oreal Infallible wygładzająco – zwężającą pory, a całość przypudrowałam pudrem ryżowym Ecocera. Kolejnego dnia postanowiłam nałożyć podkład bez bazy, jednak efekt podkreślenia suchych skórek i wszelkich mankamentów był identyczny. Dodam też, że specjalnie wieczór wcześniej wykonałam solidny peeling twarzy. 
Powyżej możecie zobaczyć podkład po 6 godzinach od aplikacji. Niestety na minus oceniam nie tylko krycie, ale także trwałość bo makijaż po kilku godzinach nie prezentował się nawet umiarkowanie dobrze, było po prostu źle. Plusem jest to, że podkład nie zapycha skóry, a sam makijaż nie ciemnieje w ciagu dnia.

var widgetParams = “{ ‘Id’:’cf0c40ba-ea21-4f57-9a46-da661a8e027e’,’AffId’:’10695′}”;
var params=encodeURIComponent(JSON.stringify(widgetParams));
var link = ‘https://weben1.com/ElasticWidget2/Generate?query=’+params;
var iframe = document.createElement(‘iframe’);
iframe.frameBorder=0;
iframe.width = “100%”;
iframe.height=”205px”;
iframe.id=”webe”;
iframe.setAttribute(“src”, link);
document.getElementById(“webewidget”).appendChild(iframe);




Podsumowując nie skreślam całkowicie tego podkładu, ale uważam, że nie nadaje się do suchej skóry. Z pewnością lepiej sprawdzi się u cer mieszanych w kierunku tłustej więc nie dziwię się, że wiele z Was jest z niego zadowolona. Na plus zdecydowanie zasługuje odcień, który w moim przypadku wpasował się świetne, ale poza nim dostępnych jest jeszcze 9 innych jasnych kolorów. W dobrej cenie znajdziecie go online w drogerii Noel.  Kto z Was się skusi?

Czy Wam też na myśl o myciu pędzli przechodzą dreszcze? Jeszcze jakiś czas temu odkładałam to w nieskończoność, a później domywanie resztek produktów trwało wieczność. Teraz zajmuje mi to dosłownie chwilę, więc z czystym sumieniem mogę przyznać się – że myję pędzle raz w tygodniu. Dzisiaj będzie więc o kosmetyku, który kosztuje zaledwie kilka złotych a zadba o pędzle jak nikt inny i jak będzie trzeba to również będzie pielęgnował Twoje ciało. 

Olejek Isana to żadna nowość na rynku, gdyż na drogeryjnej półce stoi od lat. Pewnie nie raz mignął Ci podczas zakupów, a nawet nie pomyślałaś, że to taki mistrz w myciu pędzli. Polecają go nawet znane makijażystki – więc coś w tym musi być. Co prawda nie jestem posiadaczką pędzli za kilkaset złotych mianowane produktem najwyższej jakości, bo swoje akcesoria zamawiam na Aliexpress. ( swoją drogą jakość tych pędzli jest świetna, chętnie zrobię o tym wpis!) Nie testowałam więc olejku na naturalnym włosiu, gdyż takiego do swoich makijażu nie stosuję. 
Olejek ma dość specyficzny zapach, który nie każdego urzeknie, a jego główną funkcja jest pielęgnacja ciała. Niestety do mnie kompletnie nie przemawia używanie go w kąpieli, dlatego znalazłam na niego inny sposób. Okazuje się, że ten niedrogi kosmetyk rewelacyjnie rozpuszcza resztki produktów do makijażu, a włosie po myciu jest mięciutkie. Zapach na szczęście szybko się gdzieś ulatnia. Oczywiście oprócz pędzli olejek doskonale czyści gąbeczki. 
Jak często należy myć pędzle? 
Mówiąc, że po każdym użyciu byłabym nieszczera – bo sama myję je raz w tygodniu. Na szczęście nie kupuję drogich pędzli, więc mam ich kilka kompletów, które używam zamiennie. Często też, szczególnie w przypadku pędzelków do oczu używam tych samych kolorów, dlatego nie mam problemu z użyciem “ubrudzonych” sztuk. Najczęściej jednak warto myć te pędzle, którymi nakładamy produkty mokre – gdyż te znacznie głębiej osiadają we włosiu i szybciej powodują rozmnażanie się bakterii. 
W jaki sposób myć pędzle? 

Ja zawszę używam w tym celu chłodnej wody delikatnie zwilżając jedynie włosie. Nakładam odrobinę olejku na brush egg ( ale spokojnie możecie myć pędzle w dłoniach ) i pocieram końcówką o wypustki. Płuczę je ponownie strumieniem wody i delikatnie odciskam nadmiar w dłoni. Czynność powtarzam wyłącznie w przypadku podkładów. Układam na rozłożonym ręczniku papierowym i pozostawiam do wyschnięcia. Pędzle wyglądają jak nowe. 
Mam nadzieję, że dbacie o wasze akcesoria do makijażu systematycznie a dzisiejszy post był jedynie podpowiedzią, a nie przypomnieniem. Jeśli macie ochotę to puśćcie ten wpis w świat, niech inni się dowiedzą. Dajcie znać czy macie ochotę na recenzję pędzli z Aliexpress? 
Ściskam!
Nigdy nie byłam wielką fanką makijażu ust, jednak odkąd furorę robią pomadki matowe moja kolekcja produktów do ust stale się powiększa. Mam wielką słabość to intensywnych odcieni, a przez moją niechęć do poprawek cenię sobie trwałość. Z przyjemnością sięgam po kolejne matowe pomadki testując je pod kątem wytrzymałości oraz pigmentacji. Dzisiaj pokażę Wam nowości w moich zasobach, jednak ostrzegam – te perełki wprawiają zachwyt od pierwszego spojrzenia



O innych matowych pomadkach w mojej kolekcji pisałam tutaj: 


Przegląd matowych pomadek w płynie: Bell, Golden Rose, Inglot, Deborah Milano

Seria pomadek Rouge Velvet the Lipstick od Bourjois to 12 pięknych odcieni o matowym wykończeniu zamknięte w plastikowych wykręcanych opakowaniach.  Wyglądem przypominają klasyczne szminki, jednak nic bardziej mylnego, gdyż pięknie zastygają na ustach zachowując pełny mat. 
Konsystencja jest niczym masełko, produkt gładko sunie po ustach wypełniając je intensywnym kolorem. Delikatne muśnięcie pomadką i kolor pięknie wypełnia wargi. Nie potrzebne są dodatkowe warstwy. Kształt szminki pozwala na precyzyjne wykonanie makijażu ust, a satynowa powłoka w kilka chwil zastyga do matu i utrzymuje się w nienaruszonym stanie przez kilka godzin. 
W mojej kolekcji posiadam aż 6 odcieni i choć każdy z nich jest równie piękny i intensywny to moje serce skradł kolor 12, który jest połączeniem zgaszonej czerwieni i brązu. 
Pomadki są bardzo napigmentowane i z każdą z nich pracuje się rewelacyjnie. Na ogromny plus zasługuje ich trwałość, nawet jedzenie oraz picie nie jest im straszne. Ważną dla mnie cechą jest również to, że produkt jest niewyczuwalny na ustach. Pomadki kosztują w granicach 50 złotych, jednak są warte każdej złotówki. Dostępne są zarówno w drogeriach jak i sklepach internetowych. 
Który kolor najbardziej wpadł Ci w oko?
Ściskam. 

Przez długi okres czasu byłam bardzo monotonna jeśli chodzi o makijaż oczu. Cienie w klasycznych brązach, eyeliner i maskara. Bez fajerwerków. Odkąd rozpoczęłam pracę w Inglot, coraz chętniej sięgałam po intensywniejsze odcienie cieni, a w makijażu stałam się zdecydowanie odważniejsza. To właśnie tam skomponowałam swoją pierwszą paletkę, której byłam wierna przed dłuższy czas. W późniejszym czasie moim hitem stała się paleta Cocoa Blend od Zoeva. Ostatnio znalazłam kolejną, wartą uwagi paletkę. Dobra, trwała i w przystępnej cenie. 

Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy zdjęcia Flawless 4 było pewne, że muszę ją mieć. Paleta stanowczo wyróżnia się na tle poprzedniczek MUR, w których dominowały odcienie brązów, beżów bądź złota. Przez to każda z nich wydawała mi się nazbyt podobna do innych. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwą euforią kolorów. 
Paleta Flawless 4 zawiera 32 cienie ( 0,625 g każdy ) zamknięte w czarnej kasetce z praktycznym lusterkiem z wieczkiem w kolorze różowego złota, które nadaje jej klasy i elegancji. Znajdziemy tu odcienie klasyczne ( ciepłe i chłodne brązy ), bazowe ( delikatne beże, odcienie nude ), metaliczne ( kilka odcieni złota, miedzi, a także różu i śliwki ) oraz intensywne ( czerwienie, róże, pomarańcze ), które są wisienką na torcie. Wszystkie odcienie pięknie się uzupełniają tworząc kompletną całość. Dzięki temu zróżnicowaniu ilość kombinacji makijaży jest wręcz nieograniczona. Każdy kolor ma swoją nazwę, co nadaje im charakteru. Pigmentacja cieni jest przyzwoita, określiłabym ją jako średnio-mocną. 
Żadna z palet MakeUp Revolution nie zrobiła na mnie tak mocnego wrażenia. Można powiedzieć, że Flawless 4 zdobyła moje serce od pierwszego wejrzenia. Cieniami pracuje się znakomicie, nie osypują się, są odpowiednio napigmentowane. Nawet bez użycia bazy utrzymują się długo na powiekach, nie rolują się. Uwielbiam różnorodność jaką daje paletka, używam jej na co dzień, na wieczór i od święta. Opakowanie jest wytrzymałe, dobrze wykonane i wygodne w użytkowaniu. Na koniec warto wspomnieć jeszcze o cenie, za 32 dwa dobrej jakości cienie zapłacimy bowiem ok. 36 złotych. 
Pochwalcie się, posiadacie w swojej kolekcji paletki od MUR? Która jest Waszą ulubioną?
Oczyszczanie twarzy to absolutna podstawa codziennej pielęgnacji, która ma bardzo duży wpływ na kondycję Naszej cery. Jeśli zaniedbamy ten element to żadne, nawet najdroższe kosmetyki nie są w stanie zdziałać cudu. Warto więc poświęcić na ten zabieg nieco czasu i wykonywać go dokładnie oraz co najważniejsze regularnie. Obecnie na rynku oprócz wszelkiej maści kosmetyków pielęgnacyjnych znajdziemy urządzenia, które nie tylko ułatwią, ale także umilą i udoskonalą codzienną rutynę pielęgnacyjną. 
Kiedy zaczęłam zastanawiać się nad zakupem szczoteczki sonicznej na myśl przyszła mi marka Foreo, jednak ceny produktów szybko ostudziły mój zapał. W najtańszej wersji mini ceny wahają się od 400 złotych wzwyż, a standardowych rozmiarów szczoteczka kosztuje nawet 1000 złotych. Kiedy tylko podniosłam szczękę z podłogi zaczęłam szukać tańszego zamiennika i o dziwo bardzo szybko znalazłam produkt, który bardzo mnie zainteresował. Tym oto sposobem w moje ręce trafiła szczoteczka DermoFuture, za którą zapłaciłam ok. 135 złotych razem z wysyłką. 


WYGLĄD I JAKOŚĆ WYKONANIA

W pudełku ( które u mnie przepadło podczas przeprowadzki ) znajdziemy instrukcję, gwarancję, kabelek do ładowania oraz samą szczoteczkę, która dostępna jest dwóch kolorach: różowym oraz miętowym. Wykonana jest z 100% wodoodpornego silikonu bardzo dobrej jakości, a jej wygląd jest zbliżony do znacznie droższego pierwowzoru.

Przód szczoteczki w znacznej części to specjalne wypustki do oczyszczania twarzy, okrągły przycisk startu a także + i – służące do ustawienia intensywności drgań. Kształt urządzenia dostosowany jest tak, aby dotrzeć w każde miejsce na twarzy i dokładnie ją oczyścić. 
Tył również zawiera wypuklenia służące tym razem do masażu twarzy. 

Na ogromny plus zasługuje żywotność akumulatora – urządzenie posiadam od ponad 4 miesięcy i jeszcze jej nie ładowałam ( stosuję regularnie, raz dziennie ). Spotkałam się także z opinią, że szczoteczkę ładuje się co pół roku. 
SPOSÓB UŻYCIA

Po wstępnym demakijażu nakładamy odrobinę żelu lub pianki do mycia na wilgotną cerę bądź bezpośrednio na wypustki szczoteczki i za pomocą przycisku start uruchamiamy urządzenie. Wykonujemy pulsacyjny masaż twarzy przez ok. 1 minutę, w tym czasie ruchami kulistymi oczyszczamy całą buzię.  Po zakończeniu zabiegu myjemy urządzenie pod bieżącą wodą. 
O tym jak poprawnie wykonać pełną wieczorną pielęgnację przeczytacie w oddzielnym wpisie:
EFEKTY REGULARNEGO STOSOWANIA

Warto zacząć od tego, że znaczącą różnicę zauważycie już przy pierwszym użyciu. Ja byłam bardzo pozytywnie zaskoczona i nie mogłam przestać dotykać buzi – była niesamowicie gładziutka. Obecnie nie wyobrażam sobie powrotu do mycia twarzy za pomocą dłoni. Regularne używanie szczoteczki sprawiło, że moja skóra jest bardziej sprężysta i napięta. Zauważyłam również, że kosmetyki lepiej się wchłaniają, a zabiegi wykonywane po oczyszczaniu twarzy są bardziej skuteczne. 
PODSUMOWANIE

Jak już wcześniej wspomniałam nie wyobrażam sobie codziennej pielęgnacji bez szczoteczki sonicznej i uważam, że urządzenie z DermoFuture to najlepiej wydane pieniądze w tym roku. Przez kilka miesięcy jej stosowania zauważyłam zdecydowaną poprawę kondycji mojej twarzy, przy czym szczoteczka wygląda jak nowa, a jej szereg zalet tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to produkt na miarę ulubieńca roku. 
Miałyście kiedyś przyjemność używania szczoteczki do oczyszczania twarzy? Jakie są Wasze odczucia w tej kwestii? 
W ostatnich dniach pogoda daje się ostro we znaki. Coraz więcej deszczowej aury, a słoneczka jak na lekarstwo. Do tego dni stają się coraz krótsze, więc mam wrażenie, że ciągle jestem w biegu. Po takim intensywnym dniu jedyne o czym marzę to relaksująca kąpiel i zapewne jak każda z Was mams swoje ulubione rytuały, które pozwalają mi się odprężyć i zregenerować. Jednym z nich jest nakładanie peelingu. Uwielbiam ten moment, kiedy drobiny delikatnie masują moje ciało. Jest to dla mnie bardzo przyjemny zabieg. Chętnie sięgam po wszelkie peelingi do ciała o przeróżnych zapachach i właściwościach, jednak najbardziej oddana jestem … kawie. Zapraszam więc dzisiaj na aromatyczną recenzję peelingu kawowego z nutą mięty pieprzowej. 



Mr. Bean Coffee Bean Scrub to jednak coś więcej niż zwykły peeling. To produkt, którego nie można nie pokochać. Oprócz właściwości złuszczających ma działanie antycellulitowe, perfekcyjnie wygładza skórę i oczyszcza ją z toksyn. Choć jako towarzysz kąpieli zostawia niezły bałagan w wannie to sam zabieg jest “czystą” przyjemnością. 

Skład peelingu to prawdziwa mieszanka drogocennych dla skóry elementów:

kofeina, która nie tylko pobudza krew, ale również działa antycellulitowo, przeciw żylakom, enzymie czy łuszczycy;
cukier trzcinowy oraz sól himalajska skutecznie złuszczają naskórek i wygładzają skórę, niwelują trądzik, wszelkie wypryski i przebarwienia skórne;
– olej kokosowy, który rewelacyjnie nawadnia i nawilża ciało;
kakao oraz witamina E są bogate w przeciwutleniacze, które odżywiają i chronią skórę, a także wspomagają proces regeneracyjny komórek.



Pełny skład: Coffea Arabica Seed Powder, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Sucrose, Sodium Chloride, Glycerin, Theobroma Cacao Seed Powder, Prunus Amygdalus Dulcis (Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Tocopherol, Mentha Arvensis (Peppermint) Leaf Exract, Hyaluronic Acid


Peeling ukryty jest w grubej torbie foliowej o matowym wykończeniu z minimalistyczną szatą graficzną, wizualnie przyjemną dla oka. Co ważne, po kontakcie z wodą opakowanie nie deformuje się ani rozwala, dzięki czemu spokojnie mogę trzymać je na wannie. Torebkę otwiera się i zamyka poprzez “zatrzask”, który skutecznie zabezpiecza przed rozsypaniem się produktu. Sam peeling wyglądem przypomina … ziemię o grudkowatej strukturze, jednak przez zawarte w nim oleje nie jest przesadnie suchy. Po zabiegu skóra przez długi czas jest miękka i bardzo przyjemna w dotyku, a regularne stosowanie peelingu przynosi bardzo pozytywne efekty. Po pomarańczowej skórce ani śladu, a skóra jest bardzo wygładzona i napięta. 


Jeśli aromat porannej kawy działa na Was relaksująco, to z tym peelingiem poczujecie się jak w raju. Zapach jest bowiem intensywny wręcz zniewalający, a dzięki dodatkowi mięty pieprzowej również bardzo świeży i pobudzający. Warto dodać, że peeling jest bardzo wydajny, a zapach długo się utrzymuje.

Niestety jak na porządny peeling przystało cena jest dość wysoka, gdyż za opakowanie o pojemności 220 gram musimy zapłacić w granicach 16 euro. Mi udało się dorwać go w Tk Maxx w cenie ok. 30 złotych, co jest nie małą okazją. 



Podsumowując Mr. Bean bije na głowę wszystkie dotychczasowe peelingi, które miałam okazję używać i zdecydowanie trafi na listę hitów roku 2017.