Tag

isana

Ostatnio zrobiłam generalne porządki w moich kosmetykach – zarówno tych, które są w łazience ( czyt. w użytku ) jak również znajdujących się w zapasach ( ukrytych w szafie ) i doszłam do dwóch wniosków. Po pierwsze mam zdecydowanie za dużo pootwieranych kosmetyków, a po drugie czeka na swoją kolej tyle ciekawych nowości, że koniecznie muszę coś z tym zrobić. W ten to sposób skupiłam się na wykończeniu produktów, którym do dna zostało niewiele, a ciągle odkładałam je z kąta w kąt. W ten sposób uzbierało się całkiem pokaźne denko. Wspominałam już że połowę kosmetyków, których z różnych względów przestałam używać oddałam mamie oraz przyjaciółce? Było tego na prawdę sporo, ale teraz cieszę się porządkiem i “minimalizmem”. Zapraszam więc na denko!

KĄPIEL


Moja wanna oblegana była przez najróżniejsze żele pod prysznic – nie będę ukrywać, lubię mieć wybór. Zrobiłam jednak mały detoks, aby ograniczyć ilość stojących na wannie produktów. Z całej piątki zdenkowanych żeli pod prysznic najbardziej polubiłam ten z Biolove o obłędnym zapachu brownie z pomarańczą oraz produkt marki Biały Jeleń o nietuzinkowym połączeniu buraka z …. . Ten pierwszy to raczej połączenie żelu i olejku, ale taka konsystencja jak najbardziej mi odpowiada i choć nie pieni się niemal wcale to z przyjemnością po niego sięgałam. Fitokoktajl również miał specyficzną konsytencję ale i równie ciekawy zapach. Bardzo delikatnie pielęgnował skórę i pozostawiał ją miłą w dotyku. Produkt Dove bardzo lubiłam za lekką piankową formułę i wygodne opakowanie z pompką, zaś żel Kneipp dawał fajne uczycie chłodzenia i odświeżenia co doskonale sprawdzało się latem. Kosmetyk Isana sprawdził się dobrze – zresztą jak zawsze. To tanie i przyzwoite żele. 
WŁOSY 


Latem zmieniałam kosmetyki do włosów zdecydowanie zbyt często, przez co zamiast poprawić ich kondycję jeszcze bardziej je osłabiłam, dlatego oddałam większość z nich i przerzuciłam się na produkty jednej marki. W między czasie zużyłam trzy produkty, o których warto wspomnieć. Pierwszy raz używałam peelingu do skóry głowy i muszę przyznać, że daje całkiem przyjemne efekty. Wybrałam ten marki Vianek, bo mam zaufanie do tej marki.  Choć po pierwszym użyciu nie zauważyłam żadnych rezultatów, to przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że włosy lepiej unoszą się u nasady, a co za tym idzie – lepiej się układają. 
Odżywka w sprayu Dove, którą poleciła mi ekspedientka w drogerii miała za zadanie wygładzać włosy i ułatwiać ich rozczesanie ( bo z tym zawsze mam problem ). Niestety nie zauważyłam jakichkolwiek efektów jej stosowania a jedynym plusem jest bardzo przyjemny zapach. Na koniec  oczyszczająca ampułka do skóry głowy Lador, którą ze względu na całkiem sporą pojemność podzieliłam na 3 zabiegi. Bardzo fajne uczucie chłodzenia skóry głowy i odczuwalne odświeżenie. Muszę częściej sięgać po tego typu produkty. 

DEMAKIJAŻ 


W przypadku tej kategorii mamy ciekawe zestawienie – duży i tani płyn micelarny Bielenda oraz mały i drogi dwufazowy płyn Dermedic. Ten pierwszy o cudownym zapachu zielonej herbaty sprawdzał mi się rewelacyjnie i długo cieszyłam się jego obecnością. Nie podrażnił oczu i całkiem dobrze zmywał moje kolorowe makijaże. Drugi zaś wystarczył zaledwie na 2 tygodnie i choć spisywał się równie poprawnie to niestety zostawiał lepki film na skórze, czego nie za bardzo lubię. Po Bielendę chętnie sięgnę ponownie i z czystym sumieniem mogę Wam ten płyn polecić. 


OCZYSZCZANIE TWARZY



Marki Holika Holika nie muszę raczej nikomu przedstawiać, gdyż znana jest z rewelacyjnego w działaniu żelu aloesowego o szerokim zastosowaniu. Z przyjemnością kupiłam do testów również żel do mycia twarzy z tej samej serii licząc na podobny stopień zadowolenia. Niestety w przypadku tego produktu zapach aloesu jest ledwo wyczuwalny, a kosmetyk niewiele zdziałał na mojej wymagającej buzi. Cera po myciu była raczej napięta i wymagała natychmiastowego nawilżenia. Niestety nie wrócę do tego produktu. Całkiem inaczej spisał się żel mikro-złuszczający Nuxe, który za sprawą drobinek nie tylko oczyszczał ale również delikatnie peelingował skórę. Bardzo przyjemny w użyciu, skóra po myciu była bardzo miękka i wygładzona, a sam zapach produktu bardzo ładny. W duecie z żelem używałam także toniku z serii Aquabella, oba produkty są przeznaczone do cery mieszanej i mają właściwości matujące skórę. Kosmetyk sprawdzał się bardzo dobrze, miał przyjemny zapach i jedną niestety dużą wadę – brak atomizera. Tonik przelewałam więc do innej buteleczki. 

PIELĘGNACJA TWARZY



Nie wiem jak to się stało, że uchowały się tylko dwa opakowania po produktach do twarzy. Na pierwszy rzut nowość od Vichy – booster Mineral 89 oparty na wodzie termalnej. Serum to daje umiarkowany poziom nawilżenia, więc nie polubi się z cerą suchą. Osobiście go polubiłam, ale nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia żebym sięgnęła po niego ponownie. Krem na noc Authority Dr. Irena Eris to pierwszy kosmetyk tej marki w mojej pielęgnacji, jednak samo opakowanie było zbyt małe, żebym mogła wyrazić jaką głębszą opinię. Tak czy inaczej nie wywołał u mnie efektu wow. 
PIELĘGNACJA CIAŁA


W tej kategorii miałam tyle bubli, że teraz żałuje, że je wyrzuciłam bo może warto było o nich napisać. Do denka udało mi się doprowadzić jedno masło do ciała od beTheSkyGirl o boskim zapachu i bardzo gęstej oraz treściwej konsystencji. Dodatkowo kosmetyk miał drobinki więc skóra była nie tylko nawilżona ale również rozświetlona. Taki efekt latem był bardzo wskazany!  Drugi produkt to peeling do stóp Biolove o wspaniałym zapachu zielonej herbaty. Zamawiając go byłam pewna, że jest do całego ciała – ale dobrze się stało, bo brakowało mi produktu stricte do stóp. Do codziennej pielęgnacji sprawdzał się przyzwoicie, jednak nie jest to kosmetyk, który działa cuda za jednym razem. 
Uff, kosmetyków było całkiem sporo, ale jakoś szybko poszło. W denkowych wpisach mówię o produktach bardzo ogólnie, jeśli któryś z nich urzekł mnie wyjątkowo to zwykle poświęcam mu osobny post. Jestem ciekawa czy znacie któryś z kosmetyków, o którym pisałam w dzisiejszym wpisie? 



Projekt Denko to zdecydowanie jeden z Waszych ulubionych tematów na moim blogu i bardzo mnie to cieszy, bo lubię pisać zbiorowe recenzje, a puste opakowania świadczą o tym, że miałam wystarczająco sporo czasu na wyrobienie sobie opinii o produktach. Wiem, że zabrzmi do dość dziwnie, ale bardzo mnie cieszy, gdy dobijam do dna danego kosmetyku, bo przy ilości produktów, które trafiają w moje ręce mogłabym mieć całą masę pootwieranych kosmetyków, więc brawo dla mnie za wytrwałość! Dzisiejsze zestawienie poświęcone jest wyłącznie pielęgnacji, także nie przedłużając zapraszam do dalszej części. 
WŁOSY



W tej kategorii otwartych kosmetyków mam zdecydowanie za dużo, więc skupiłam się na kilku produktach, których zużycie było największe i udało się wykończyć trzy produkty. 
Duet od Equilibra: szampon oraz odżywka o bardzo przystępnym składzie ( 98% pochodzenia naturalnego ) i wysokim stężeniu aloesu ( aż 20%).  Niestety przekonałam się, że aloes nie do końca dobrze wpływa na moje włosy. Co prawda oba produkty były przyjemne w użyciu, dobrze oczyszczały zarówno skórę głowy jak i same włosy, ale czegoś mi zabrakło do zachwytu. Moje włosy są wysoko-porowate i bardzo przesuszone ze względu na częste farbowanie i jak widać, aloes nie jest tym, czego aktualnie im potrzeba. Nie mniej jednak oba produkty nie miały na nie negatywnego wpływu, więc ogólna ocena jest na plus. 
Serum Syoss z linii SalonPlex wszyscy doskonale znają. Do mnie trafił w ramach prezentu, bo pewnie sama nie sięgnęłabym po niego w sklepie. Na plus zdecydowanie zasługuje opakowanie z wygodną pompką i gęsta, wydajna konsystencja. Dobrze oceniam także działanie na włosy: dobrze zabezpiecza końcówki, wygładza je bez obciążania. Niestety nie zauważyłam poprawy kondycji włosów, na czym zależało mi najbardziej. Efekt krótkotrwały, utrzymujący się do kolejnego mycia więc nie sięgnę po kolejne opakowanie. 
KĄPIEL 



W tej kategorii produkty zużyłam masowo, bo lubię bąbelki i pięknie pachnącą kąpiel, a przy tym wszystkim nie lubię przepłacać. Na pierwszy rzut płyn do kąpieli Isana z wyciągiem z kwiatu wiśni, którego plusy to przede wszystkim wielkie opakowanie i niska cena. Dodatkowo ładnie pachnie, delikatnie zmiękcza wodę i uprzyjemnia kąpiel. Nigdy sobie go nie żałuję, bo po prostu lubię pianę. Tej samej firmy często sięgam po żele pod prysznic – tym razem padło na zapach mango z wodą kokosową, jeden z moich ulubionych. Podobnie jak płyn jest niedrogi i ma absolutnie piękną woń. Cóż dodać – bardzo go lubię i często po niego sięgam. Kolejny żel to limitowany jednorożec od Balea, który jak myślę jest zagranicznym odpowiednikiem Isany. Jego cena jest równie przystępna ale nie jest już tak łatwo dostępny. Ładnie pachnie ale niestety zapach szybko się ulatnia i poza ładnym opakowaniem nie za bardzo mnie zachwycił. Trzeci żel trafił do mnie w kampanii Zmysłowy Duet od Le Petit Marseillais. Nie wiem czemu, ale opakowanie jakoś do mnie nie przemawia, jego kształt jest mało poręczny i wydaje się być nieco męski. Zapach za to bardzo polubiłam – śródziemnomorski granat pachnie naprawdę wiosennie. Ogólnie to jeden z tych żeli, który niczym specjalnie się nie wyróżnia, ale na wiosnę jak najbardziej go polecam. 
CIAŁO 



Sama się dziwię, że znalazły się tutaj tylko dwa produkty – nie jestem pewna czy czasem nie umknęło mi jakieś opakowanie. Przechodząc do konkretów – na początek mój wiosenny hit – mus do ciała od Nivea. Uwielbiam jego świeży zapach zielonego ogórka i herbaty matcha. Konsystencja lekka, szybko się wchłania i daje odpowiedni poziom nawilżenia. Przeznaczony do suchej skóry choć jak dla mnie sprawdzi się u każdego. Dzięki piankowej konsystencji produkt jest bardzo wydajny, choć wielkość opakowania na to nie wskazuje. Drugi kosmetyk to również jeden z moim ulubionych, co w przypadku antyperspirantów nie małe wyróżnienie. Stick Mineral Touch od Dove ma bardzo przyjemny zapach i radzi sobie z ochroną przed potem zdecydowanie lepiej od konkurencji. Nie jest idealny, ale umiarkowanie dobry. To moje trzecie opakowanie i póki co, nie znalazłam lepszego. 
TWARZ



Pielęgnacja twarzy zmienia się u mnie w zależności od potrzeb i pory roku. Zestaw Japoński Rytuał od Marion gościł u mnie głównie zimną, a duet płyn do mycia twarzy oraz tonik to tylko jego część. 
Oba produkty bardzo przypadły mi do gustu, szczególnie tonik, z którym bardzo się polubiłam. Bardzo cenię sobie atomizery w tego typu produktach, bo sprawia on, że kosmetyk jest niezwykle wydajny, a aplikacja jest przyjemna i dokładna. Żel dobrze sprawdzał się do codziennego oczyszczania twarzy, nie miał jednak wpływu na poprawę kondycji mojej cery. Na plus szata graficzna, która jest naprawdę przyjemna dla oka. Myślę, że cała seria to krok w kierunku koreańskiej pielęgnacji ale po naszemu. Krem na noc od Clinique, wraz z całym zestawem Moisture Surge był moim prezentem świątecznym. Niestety produkty miały różną pojemność, więc obecnie został mi tylko krem na dzień. Krem na noc miał lekką, odrobinę żelową konsystencję, dzięki czemu błyskawicznie się wchłaniał. Bardzo polubiłam poziom nawilżenia jaki dawał krem, nie czułam lepkiego filmu na skórze. Myślę jednak, że zima nie była idealną porą roku na tak lekkie konsystencje, więc z przyjemnością powrócę do tego zestawu latem. 
Cztery kategorie i sporo ciekawych produktów za nami, jestem ciekawa, czy znacie któryś z nich? Muszę zrobić selekcję w kolorówce, szczególnie zwrócić uwagę jak długo dane produkty są ze mną. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawy, że nie należy używać przeterminowanych kosmetyków. Mam nadzieję, że niebawem opowiem Wam więcej o terminach przydatności konkretnych produktów. 
Lubicie czytać denka? 

Czy Wam też na myśl o myciu pędzli przechodzą dreszcze? Jeszcze jakiś czas temu odkładałam to w nieskończoność, a później domywanie resztek produktów trwało wieczność. Teraz zajmuje mi to dosłownie chwilę, więc z czystym sumieniem mogę przyznać się – że myję pędzle raz w tygodniu. Dzisiaj będzie więc o kosmetyku, który kosztuje zaledwie kilka złotych a zadba o pędzle jak nikt inny i jak będzie trzeba to również będzie pielęgnował Twoje ciało. 

Olejek Isana to żadna nowość na rynku, gdyż na drogeryjnej półce stoi od lat. Pewnie nie raz mignął Ci podczas zakupów, a nawet nie pomyślałaś, że to taki mistrz w myciu pędzli. Polecają go nawet znane makijażystki – więc coś w tym musi być. Co prawda nie jestem posiadaczką pędzli za kilkaset złotych mianowane produktem najwyższej jakości, bo swoje akcesoria zamawiam na Aliexpress. ( swoją drogą jakość tych pędzli jest świetna, chętnie zrobię o tym wpis!) Nie testowałam więc olejku na naturalnym włosiu, gdyż takiego do swoich makijażu nie stosuję. 
Olejek ma dość specyficzny zapach, który nie każdego urzeknie, a jego główną funkcja jest pielęgnacja ciała. Niestety do mnie kompletnie nie przemawia używanie go w kąpieli, dlatego znalazłam na niego inny sposób. Okazuje się, że ten niedrogi kosmetyk rewelacyjnie rozpuszcza resztki produktów do makijażu, a włosie po myciu jest mięciutkie. Zapach na szczęście szybko się gdzieś ulatnia. Oczywiście oprócz pędzli olejek doskonale czyści gąbeczki. 
Jak często należy myć pędzle? 
Mówiąc, że po każdym użyciu byłabym nieszczera – bo sama myję je raz w tygodniu. Na szczęście nie kupuję drogich pędzli, więc mam ich kilka kompletów, które używam zamiennie. Często też, szczególnie w przypadku pędzelków do oczu używam tych samych kolorów, dlatego nie mam problemu z użyciem “ubrudzonych” sztuk. Najczęściej jednak warto myć te pędzle, którymi nakładamy produkty mokre – gdyż te znacznie głębiej osiadają we włosiu i szybciej powodują rozmnażanie się bakterii. 
W jaki sposób myć pędzle? 

Ja zawszę używam w tym celu chłodnej wody delikatnie zwilżając jedynie włosie. Nakładam odrobinę olejku na brush egg ( ale spokojnie możecie myć pędzle w dłoniach ) i pocieram końcówką o wypustki. Płuczę je ponownie strumieniem wody i delikatnie odciskam nadmiar w dłoni. Czynność powtarzam wyłącznie w przypadku podkładów. Układam na rozłożonym ręczniku papierowym i pozostawiam do wyschnięcia. Pędzle wyglądają jak nowe. 
Mam nadzieję, że dbacie o wasze akcesoria do makijażu systematycznie a dzisiejszy post był jedynie podpowiedzią, a nie przypomnieniem. Jeśli macie ochotę to puśćcie ten wpis w świat, niech inni się dowiedzą. Dajcie znać czy macie ochotę na recenzję pędzli z Aliexpress? 
Ściskam!
Nie wiem jak wy, ale moje ulubione blogowe kategorie to ulubieńcy i projekt denko. Z przyjemnością czytam zbiorowe recenzje i dopisuje do swojej listy zakupowej ciekawe pozycje. Dzisiaj przychodzę do Was z pielęgnacyjną listą zużytych kosmetyków. Kto na to czekał? 
ISANA PŁYN DO KĄPIELI NA DOBRANOC 


Zapach lawendy z dodatkiem wanilii to połączenie, które naprawdę mnie odpręża. Płyn kosztował w granicach kilku złotych za wielką butlę, więc nie szczędziłam sobie go podczas kąpieli. Od tego rodzaju kosmetyków nie wymagam zbyt wiele – mają mieć przyjemną woń i nie podrażniać skóry, przy okazji nie lubię wydawać na nie dużo pieniędzy więc wszystko w tym przypadku składa się na przyjemny produkt. 

CIEN EKSKLUZYWNY PŁYN DO KĄPIELI



Słowa “limitowany” i “ekskluzywny” działają na mnie jak magnez, a do kosmetyków Cien nigdy nie miałam zastrzeżeń więc chętnie po niego sięgnęłam. Nieco obawiałam się, że będę błyszczeć jak choinka bo w żelu widocznych było mnóstwo drobinek, ale na szczęście znikały gdzieś w kąpieli. Opakowanie prezentowało się za to bardzo elegancko, a cena niecałych 8 złotych była bardzo zachęcająca. Zabrakło mi w nim jakiekolwiek zapachu – więc oceniam go nijako. 
NIVEA SILK MOUSSE


Pierwszy produkt do mycia ciała w formie musu w mojej łazience. Kiedy tylko został wprowadzony na rynek stał się wielkim hitem, potem powstało wiele zamienników, których jeszcze nie miałam okazji testować. Bardzo przypadła mi do gustu taka konsystencja a zapach typowy dla marki również w moim guście. Mus jest wydajny i rewelacyjnie zastępuje piankę do golenia. Skóra po myciu jest przyjemna w dotyku. Bardzo polubiłam tę wersję klasyczną, zaś edycja z cytryną oraz moringą jest kompletnym niewypałem. 
BALEA CREMDUSCHE ROSE ELEGANCE



Po markę Balea sięgam coraz częściej – według mnie to taki odpowiednik rossmannowej Isany. Ceny kosmetyków są niskie a jakość całkiem przystępna. Tutaj mamy limitowaną wersję żelu o ślicznym różnym zapachu i ładnej szacie graficznej. Żel spełnia swoją podstawową funkcję, dobrze się pieni i nie przesusza skóry. Niestety nadal dostęp do marki jest dość ograniczony więc rzadko mam okazję sięgać po nowości.
BIOLOVE ŻEL POD PRYSZNIC BORÓWKA



Nad linią borówkową, jak i całą marką Biolove zachwycam się od dobrych dwóch miesięcy. Ten żel to zdecydowanie najlepiej pachnący kosmetyk do kąpieli jaki kiedykolwiek używałam. Ma postać bardziej oleistą, przez co mniej się pieni, ale pachnie wręcz obłędnie. Fakt, że jest to kosmetyk naturalny z bardzo dobrym składem sprawia, że jest to mój absolutny hit i ulubieniec. Oprócz żelu mam jeszcze kilka innych kosmetyków z tej linii i każdy jest równie genialny. 

VENUS NATURE SÓL MORSKA 2w1 


Nowa marka z dopiskiem “nature” w nazwie od Venus szybko zderzyła się z falą krytyki, gdyż składy kosmetyków nie do końca są tak naturalne. Jednym z niewielu produktów o przystępnym składzie była sól morska – na którą zdecydowałam się dawno temu. Bardzo podoba mi się fakt, że produkt można stosować na dwa sposoby: jako peeling oraz jako produkt do kąpieli stóp. W obu przypadkach świetnie się sprawdza. Muszę przyznać, że mimo niewielkich gabarytów sól okazała się by bardzo wydajna. 
Więcej od produkcie: VENUS NATURE SÓL MORSKA 2w1
BIELENDA KREM Z ALOESEM



Generalnie nie lubię produktów wielofunkcyjnych, więc ten krem potraktowałam jako balsam do ciała. Pierwsze co rzuca się oczy to przyjemna szata graficzna, a po otwarciu opakowania cudowny, świeży zapach, który długo utrzymuje się na ciele. Niestety kosmetyk ma niewielką pojemność, więc przy codziennym stosowaniu starczył mi na zaledwie dziesięć dni. Krem ma jednak bardzo przyjemny skład – dlatego z przyjemnością do niego wrócę. 
BANDI PRE-D3 BALSAM REGENERUJĄCO-OCHRONNY SPF30
Jak bardzo lubię firmę Bandi, tak z tym balsamem kompletnie się nie polubiłam. Konsystencja kremu jest lekka, nieco lejąca o żółtym kolorze. Najbardziej nie odpowiadał mi zapach, który przy codziennej aplikacji kompletnie psuł przyjemność z pielęgnacji. Plus za filtr przeciwsłoneczny, który jednak zdecydowanie lepiej sprawdzi się latem kiedy odsłaniamy ciało. Zimą ta zaleta nie ma większego znaczenia. Generalnie produkt był bardzo wydajny, co w tym przypadku nie uważam za zaletę – szkoda było mi go wyrzucić. 
EVREE RÓŻANY TONIK DO TWARZY 

Kultowy tonik do twarzy z atomizerem o bardzo przyjemnym i odświeżającym zapachu. To moje trzecie lub czwarte opakowanie – co świadczy, że jest na prawdę warty uwagi. Kiedy dowiedziałam się, że nie powinno się nakładać toniku wacikiem wybieram tylko te, które mają atomizer. Używam go nie tylko do przywracania pH skóry po myciu twarzy, ale także w ciągu dnia kiedy mam tzw. no makeup day, aby nieco się odświeżyć. Latem jest świetnym zamiennikiem mgiełki do ciała. 
Trochę żałuję, że rozdałam kilka produktów, które u mnie się nie sprawdziły, bo mogłabym o nich napisać osobny post. Wiem, że lubicie czytać o bublach w kosmetykach. Jestem ciekawa co wy robicie z kosmetykami, które Wam nie przypadły do gustu: wyrzucacie, oddajecie znajomym czy brniecie do dna? 
Ściskam!
Próbuję sięgnąć pamięcią wstecz ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć kiedy ostatnio pojawił się projekt denko na blogu. Firmy kosmetyczne wydają tyle nowości, że ciężko nadążyć, a co dopiero zużywać wszystko do dna. Swoją drogą mąż krzywo na mnie patrzy kiedy otwieram kolejny kosmetyk i dokładam go na wannę. Postanowiłam więc zamknąć swoją szafkę z zapasami kosmetycznymi na przysłowiową kłódkę i wykończyć zaczęte produkty.  Dzisiaj mam dla Was podsumowanie ostatnio “zdenkowanych” kosmetyków do pielęgnacji. Czy któryś z produktów zagości w mojej łazience ponownie?
 SYOSS SALONPLEX HAIR RECONSTRUCTION 01


Przysięgam, że nigdy nie oczekiwałam od szamponu niemożliwego. Zależy mi na tym, aby dobrze oczyścił skórę głowy i nie zrobił krzywdy włosom. W kwestii pielęgnacji stawiam na dobrą odżywkę, maskę czy olejek. Ciężko więc określić, czy poprawa kondycji moich włosów to zasługa samego szamponu. W przypadku tego produktu nie mam do czego się przyczepić, bo żadnych nieporządanych efektów nie miałam. Kosmetyk dobrze się pieni, jest wydajny i ma całkiem przyjemny zapach, a samo opakowanie jest ładnie zaprojektowane. Jeśli po raz kolejny sięgnę po drogeryjny szampon to z pewnością firmy Syoss. 
GLISS KUR HAIR REPAIR


Nie wyobrażam sobie pielęgnacji włosów bez olejków i chyba nigdy żaden mnie nie zawiódł, dlatego kryteriami wyboru zawsze są: opakowanie i zapach. W przypadku tego kosmetyku bardzo spodobał mi się atomizer, dzięki któremu nakładam tyle produktu ile potrzebuję, a nie tylko ile wyleje mi się na rękę. Zapach olejku również jest przyjemny, a płynna konsystencja w miarę szybko wchłania się we włosy i dobrze dociąża moje niesforne loki. 

WARTO PRZECZYTAĆ: 


EVELINE BAMBUS I ALOES 
Niech żałuje ten, kto nie zna zapachu tego mleczka. Jest wprost obłędny. Sam produkt ma lekką formułę i błyskawicznie się wchłania, dlatego to idealny produkt dla osób, które jak ja mają 5 minut na całą pielęgnację. Odkąd zostałam mamą niewiele mam czasu dla siebie, a dzięki wygodnemu opakowaniu z pompką aplikacja zajmuje dosłownie chwilkę. Nie jest to jednak produkt silnie nawilżający, a taki do codziennej pielęgnacji. 

ISANA COCONUT WATER


Uwielbiam żele pod prysznic, dobrze się pienią, nieziemsko pachną i są śmiesznie tanie. Te trzy rzeczy mają właśnie produkty Isana. Ciężko zdecydować, który z zapachów jest moim ulubionych, ale napewno kokos z mango zalicza się do faworytów. Oprócz mycia ciała dodaję odrobinę do gorącej wody, aby delektować się zapachem. Zawsze chętnie do nich wracam, bo zużywam je na potęgę. 
EAU THERMALE AVENE CLEANANCE


Produkt jak widzicie pusty tylko do połowy, bo upłynął mu termin ważności. Otrzymałam go w listopadowym pudełku Joybox, a jego przydatność kończyła się tego samego miesiąca. Bardzo słabe zagranie producentów tego boxa. Na szczęście kiedyś już używałam tego żelu, więc spokojnie mogę wyrazić moją opinię. Kosmetyk ma świeży i przyjemny zapach i bardzo przyjemnie oczyszcza cerę, ale niestety skóra po użyciu jest ściągnięta i wymaga natychmiastowego nałożenia kremu. Raczej do niego nie wrócę, szczególnie, że przy tej cenie wymagania są nieco większe. 

LOVE BOO  BODY SMOOTHER

Prawdziwa petarda wśród masełek do ciała, która w dodatku pięknie pachnie. Właściwości regenerujące i wygładzające w połączeniu z działaniem przeciw rozstępom było ratunkiem dla mojej skóry przez cały okres ciąży. Masełko zamknięte w plastikowy słoiczek o bardzo przyjaznej szacie graficznej. Jego konsystencja jest zbita, jednak dobrze rozprowadza się na skórze.

WARTO PRZECZYTAĆ:
 
DOMOWE SPA DLA KOBIET W CIĄŻY Z KOSMETYKAMI LOVE BOO. 





L’OREAL PŁYN MICELARNY




Rzadko sięgam po produkty pielęgnacyjne tej marki, gdyż kojarzy mi się wyłącznie z dobrą jakościowo kolorówką. Płyn jednak okazał się być na równie wysokim poziomie. Co prawda gdyby nie promocja to nie zdecydowałabym się na zakup, gdyż w tej cenie wolę wybrać coś z bardziej naturalnym składem. Kosmetyk świetnie poradził sobie nawet z mocnym makijażem oraz wodoodpornym eyelinerem, przy czym nie musiałam mocno trzeć oczu. Sam w sobie jest odpowiednio wydajny, zapach przyzwoity a opakowanie praktyczne. Nie podrażnił, nie wywołał alergii, więc nie mam do czego się przyczepić. 
Mam nadzieję, że teraz z większą sumiennością będę odkładać puste opakowania, bo wiem jak bardzo lubicie czytać o projekcie denko. Ciekawa jestem, jaki produkt, którego ostatnio używaliście okazał się strzałem w dziesiątke?


Ściskam. 

Zwykle mówi się, że cena idzie w parze wraz z jakością produktu, co w wielu przypadkach, również kosmetycznych się sprawdza. Nie raz jednak przekonałam się, że za wysoką ceną stoi jedynie ceniona marka i świetnie przeprowadzony marketing.   Jako kosmetyko-maniaczka staram się sięgać po produkty z różnych półek cenowych, testować je i dzielić się z Wami opinią.  Dzisiaj opowiem o kosmetykach, które mimo niskiej ceny chętnie kupuję. Dlaczego? 

Bohaterami dzisiejszego wpisu są żele pod prysznic ISANA, czyli marki, którą z pewnością kojarzycie z Rossmanna i którą z pewnością szybko pomijacie dokonując wyboru podczas zakupów. 
Jakiś czas temu uznałam, że na pewne kategorie produktów nie warto przepłacać i zaczęłam sięgać po produkty tańsze lub jak kto woli, z niżej półki. Czy się zawiodłam? Absolutnie nie!
Przykładem są właśnie żele pod prysznic, które kosztują poniżej 4 złotych za 300 ml, a do wyboru miały całkiem sporą ilość kombinacji zapachowych, więc zapewne każdy znajdzie coś dla siebie.

W mojej małej kolekcji znalazły się takie zapachy jak plumeria, witaminy i jogurt, jeżyna, marakuja z kokosem czy limonka z bazylią. Każdy z zapachów jest inny na swój sposób, ale z pewnością nie raz powrócę do jeżyny, która jest mega świeżym i intensywnym zapachem, oraz witaminy z jogurtem, który pachnie raczej owocowo i słodko.

Żele zamknięte są w bardzo przyjemnych dla oka kolorowych buteleczkach o pojemności 300 ml, dobrze się pienią a zapach utrzymuje się wystarczająco długo. W składzie żeli nie znajdziemy nic niepokojącego, co mogło by wpływać na niską jakość produktu, a więc doszukać się jakichkolwiek minusów jest bardzo ciężko. Produkty są również przebadane dermatologicznie.

Jako, że żele sprawdzają się u mnie rewelacyjnie, a przy tym są w niskiej cenie, to spokojnie mogę sobie pozwolić na zwiększenie mojej kolekcji zapachów o kolejne perełki. Podczas gdy “firmowy” żel pod prysznic reklamowanej marki kosztuje w granicach 12 złotych, to w tym przypadku możemy pozwolić sobie na zakup trzech tańszych żeli.
Kiedyś miałam przyjemność testować żele Cien, marki wewnętrznej Lidla i również byłam bardzo zadowolona, więc z pewnością mogę potwierdzić, że w przypadku żeli pod prysznic nie trzeba wybierać drogich produktów, aby być w pełni zadowolonym.

Myślę, że fajnie będzie stworzyć całą serię wpisów o kosmetykach, które mimo niskiej ceny nie są gorsze od innych. Chętnie przeczytam Wasze propozycje tanich kosmetyków, które Wam się sprawdziły! 🙂