Tag

opinie

Mam wrażenie, ilość posiadanych przeze mnie paletek do makijażu już dawno przekroczyła zapotrzebowanie statystycznej kobiety. Nie wiem czy to już podchodzi pod obsesję, ale w ostatnim czasie mam ochotę na więcej i więcej. Do tej pory nie byłam zwolenniczką wydawania dużo pieniędzy na jeden produkt, ale miałam chęć posiadania choć jednej paletki Huda Beauty w końcu wzięła górę. Do zakupu przymierzałam się dobre dwa miesiące i w końcu promocja -20% na całą markę w sklepie Cult Beauty przekonała mnie do zakupu.
Wspominałam już, że byłam zdecydowana na konkretną paletkę? Dokładniej mowa o Huda Beauty Obsessions Mauve, ale kiedy weszłam na stronę sklepu moim oczom ukazała się ONA, pięknie nasycona ciepłymi kolorami paleta – Coral Obsessions, której w PL jeszcze nie ma. To była miłość od pierwszego wejrzenia, więc bez wahania dokonałam zakupu. Obiecałam sobie jednak, że i Mauve w końcu trafi w moje ręce. 
HUDA BEAUTY – CORAL OBSESSION: OPAKOWANIE, KOLORY, PIGMENTACJA




Paletka zamknięta jest w niewielkich rozmiarów kartonowe opakowanie zamykane na magnesik ( który swoją drogą trzyma niezawodnie ), wyposażona w lusterko. Kryje w sobie 9 absolutnie pięknych odcieni w ciepłej tonacji. ( muszę przyznać, że zanim trafiła w moje ręce wyobrażałam sobie ją nieco większą ). Kolory są intensywne i (zaskakująco?) mocno napigmentowane, z czego aż 7 to maty, a 2 to błyszczące a’la foliowe cienie. 

CORAL OBSESSIONS: SWATCHE


Swatche mówią same za siebie, kolory są absolutnie boskie i pigmentacja robi naprawdę spore wrażenie. Warto dodać, że nie używałam do ich zrobienia żadnej bazy, a aplikacja odbyła się za pomocą palca – na sucho. Cienie można również bez problemu aplikować na mocno, gdyby brakowało Wam intensywności. Zazwyczaj do nakładania używam tanich pędzli z Aliexpress, a cienie blendują się i łączą bez najmniejszego oporu. Nie również problemu z osypywaniem się. 


PALETA HUDA BEAUTY: MAKIJAŻ




Nie ukrywam, że lubię kiedy na oku dużo się dzieje i choć nie jestem profesjonalistką to uwielbiam bawić się z kolorami. Paletka daje naprawdę ogrom możliwości i spore pole do popisu, więc na obecną chwilę jeszcze się poznajemy.  Naprawdę ciężko mi zdecydować, który kolor jest moim ulubionym. 
Podsumowując Coral Obsessions świetnie wpisuje się w aktualne trendy w makijażu, paletka jest niewielka ale niesamowicie naładowana kolorami o niezwykle intensywnej pigmentacji. Jeśli lubicie makijaż w ciepłych tonach to stanowczo Wam ją polecam. Uwierzcie, można nią zdziałać cuda! 
Co sądzicie o tej paletce? Lubicie markę Huda Beauty?
Przygotowując się do dzisiejszego wpisu zdałam sobie sprawę, że bardzo rzadko piszę tutaj o kolorówce, a sama chętnie szukam tego tematu na innych blogach. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, bo testuję cały ogrom kosmetyków do makijażu. O Pierre Rene Skin Balance Cover słyszałam same super alternatywy i miałam ogromną ochotę go kupić, ale patrząc na moje zapasy w toaletce odkładałam to ciagle na później. W końcu nadarzyła się okazja i trafił w moje ręce, więc poddałam go intensywnym testom i dzisiaj mam dla Was pełną recenzję. Czy faktycznie jest czym się zachwycać? 
Pierre rene skin balance
Pierre rene skin balance

PIERRE RENE SKIN BALANCE

Zacznę od cech podstawowych produktu. Podkład Skin Balance Cover zamknięty jest szklanym opakowaniu z pompką, a sama szata graficzna jest stonowana i typowa dla marki Pierre Rene. Według producenta jest to wodoodporny podkład o mocnym kryciu. Mój kolor to 20. Champagne, czyli stosunkowo jasna wanilia bez dominacji ani żółtych ani różowych tonów. Pojemność to klasyczne 30 ml. Konsystencja fluidu jest lekka, niezbyt gęsta a samo krycie jest dość słabe, powiedziałabym, że lekkie w kierunku średniego. Warto dodać, że po ostatnio wykonanych badaniach moja cera okazała się być przesuszona choć zwykle mam problemy z błyszczeniem w strefie T.  Dodatkowo ostatnio zmagam się z niedoskonałościami i skłonnością do zapychania porów.
od góry: świeża warstwa, po 5 minutach
Pierwsze wrażenie podkład zrobił całkiem dobre, bo sam kolor jest w punkt dla mojej cery i produkt utlenia się w niewielkim stopniu. Nieźle się nim pracuje zarówno pędzlem jak i gąbeczką, choć ma niestety tendencję do smużenia się, więc najlepiej stemplować go właśnie gąbką. Niestety zawiodłam się na obiecywanym przez producenta kryciu – które przy jednej “dziennej” warstwie jest naprawdę kiepskie. Dopiero po nałożeniu kolejnej udało się co nie co zakryć. Warto dodać, że podkład potrzebuje kilku minut do zastygnięcia, więc trzeba uważać aby przypadkiem nie rozmazać go palcem. Poniższe zdjęcia prezentują podkład zaraz po aplikacji ( po lewej ) oraz po przypudrowaniu i wykończeniu makijażu ( po prawej ). Jak widać kosmetyk niebywale podkreśla suche skórki i celowo też nie użyłam korektora.

WARTO PRZECZYTAĆ: PODKŁADY DLA JASNEJ CERY- PRZEGLĄD, SWATCHE, RECENZJE 

Na powyższych zdjęciach pod podkład nałożyłam nową bazę L’oreal Infallible wygładzająco – zwężającą pory, a całość przypudrowałam pudrem ryżowym Ecocera. Kolejnego dnia postanowiłam nałożyć podkład bez bazy, jednak efekt podkreślenia suchych skórek i wszelkich mankamentów był identyczny. Dodam też, że specjalnie wieczór wcześniej wykonałam solidny peeling twarzy.
pierre rene skin balance
Powyżej możecie zobaczyć podkład po 6 godzinach od aplikacji. Niestety na minus oceniam nie tylko krycie, ale także trwałość bo makijaż po kilku godzinach nie prezentował się nawet umiarkowanie dobrze, było po prostu źle. Plusem jest to, że podkład nie zapycha skóry, a sam makijaż nie ciemnieje w ciagu dnia.
 
 
Podsumowując nie skreślam całkowicie tego podkładu, ale uważam, że nie nadaje się do suchej skóry. Z pewnością lepiej sprawdzi się u cer mieszanych w kierunku tłustej więc nie dziwię się, że wiele z Was jest z niego zadowolona. Na plus zdecydowanie zasługuje odcień, który w moim przypadku wpasował się świetne, ale poza nim dostępnych jest jeszcze 9 innych jasnych kolorów. Kto z Was się skusi?
Coraz częściej na rynku kosmetycznym pojawiają się gadżety, o których w mgnieniu oka robi się głośnio. Nie byłabym sobą gdybym nie śledziła wszelkich nowinek, a w połączeniu z moją manią kupowania po raz kolejny skusiłam się na nowość, rewolucyjny gadżet do włosów.  Po miesiącu użytkowania przychodzę do Was z recenzją. Czy Tangle Angel PRO jest godna polecenia?
Moje włosy są bardzo wymagające, szybko się puszą, plączą i są niesforne, dlatego też mam spore wymagania w stosunku do akcesoriów. Jeśli produkt jest innowacyjny i skuteczny to wysoka cena nie stanowi dla mnie większego problemu. Do tej pory stosowałam kilka szczotek, które sprawdzały się lepiej lub gorzej. ( niebawem porównam dla Was kilka topowych szczotek do włosów ). W ostatnim czasie furorę robią Tangle Angel ( nie mylić z Tangle Teezer, bo to całkiem inna firma), które zachwycają nie tylko anielskim wyglądem ale również doskonałą jakością. W ofercie znajdziemy kilka modeli, w zależności od potrzeb włosów. Po dokładnym przeglądzie zdecydowałam się na wersję PRO, która wydaje się spełnić moje wymagania.  
Tangle Angel PRO dostępna jest w dwóch błyszczących kolorach: srebrny oraz różowe złoto i kosztuje w granicach 75 złotych. Cena wydaje się być wygórowana, jednak producent zapewnia, że produkt jest warty każdej złotówki. Szczotka ma powłokę antystatyczną (zapobiegającą elektryzowaniu się włosów ) oraz antybakteryjną. Odporna jest na wysoką temperaturę oraz nadaje się do rozczesywanie zarówno suchych jak mokrych włosów.  Włosie szczotki to długie szpikulce rozstawione w dużych odstępach, co ma ułatwiać rozplątywanie skołtunionych włosów. 
Jak już wspomniałam moje włosy są niesforne i można uznać, że są kręcone ( według mnie to artystyczny nieład ). Rozczesuję je przede wszystkim na mokro, gdyż w innym przypadku puszą się niemiłosiernie. Szczotkę przetestowałam jednak w obu przypadkach. 
Tangle Angel PRO jest jak “piękna i bestia”. Z jednej strony zachwycam się jej ślicznym designem, z drugiej zaś rozczesywanie włosów to istny koszmar. Niezależnie czy używam jej na mokro czy na sucho,  efekt jest ten sam – ogromna ilość wyrwanych włosów na szczotce. Z przykrością stwierdzam – nie polubiłam jej.
Choć moje włosy zawsze się plączą i nie łatwo je ogarnąć, jednak od tak innowacyjnego produktu oczekiwałam nieco więcej. Poza ciekawym wyglądem i pięknym kolorem nie znalazłam w niej zbyt wiele zalet. Na plus zasługuje antybakteryjna powłoka i łatwość czyszczenia. 
Jeśli jesteście ciekawi, która szczotka z mojej kolekcji lepiej radzi sobie z moimi niesfornymi kosmykami to niebem pojawi się zbiorowa recenzja. 
Ściskam. 
Choinka ubrana? Prezenty spakowane? 
W całym gąszczu przygotowań zachęcam do krótkiej przerwy, gdyż po raz ostatni w tym roku pokażę Wam zawartość kosmetycznego pudełka od Shinybox. Mogłoby się wydawać, że grudniowe pudełko skrywane pod nazwą “WHERE THE MAGIC HAPPENS” powinno być wspaniale skomponowanym prezentem pod choinką. Czy tak też się stało?
Pudełko w podstawowej odsłonie to jedynie 4 kosmetyki, batonik i mała próbka. 
Jednak jeśli box był co najmniej drugim w ciągłej subskrypcji to dodatkowo znalazły się w nim dwa dodatkowe produkty, a więc otrzymały pudełko XXL. 
Dla osób, których box jest 6 z kolei przygotowano kolejne dwa kosmetyki – pudełko VIP.
ZAWARTOŚĆ PUDEŁKA XXL 
1. BARNANGEN Żel pod prysznic ( produkt pełnowymiarowy ) 24,99 pln 
Po raz kolejny pojawił się kosmetyk tej marki. Było masło do ciała, czas na żel po prysznic. Produkt codziennego użytku więc zapewne się przyda. Konsystencja jest kremowa, a zapach delikatny i przyjemny. Opakowanie jest dość duże ( 500 ml ) więc mogłoby posiadać pompkę. 
2. LABORATORIUM KOSMETYKÓW NATURALNYCH FARMONA Dermacos Anti-redness ( produkt pełnowymiarowy ) 19,90 pln
W pudełkach pojawiły się losowe produkty z tej samej serii Dermacos. U mnie znalazło się aktywne serum wzmacniające drobne żyłki. Produkt trafiony i chętnie sprawdzę jego działanie, gdyż zmagam się z naczynkami na twarzy. 
3. THE SECRET SOAP STORE krem do rąk ( produkt pełnowymiarowy ) 19,99 pln 
Kolejny mix produktów o różnej wartości. U mnie krem z masłem shea w małym opakowaniu w sam raz do torebki. Zimą częściej zmagam się z suchością dłoni więc kosmetyk szybko pójdzie w ruch. 

4. EFEKTIMA Peeling + maska do dłoni ( produkt pełnowymiarowy ) 2,56 pln 
Po raz kolejny powtarzająca się marka w następnym z kolei pudełku. Zabieg do dłoni z pewnością przyda się po świątecznych przygotowaniach, jednak sam produkt nie robi na mnie większego wrażenia. 
5. FOODS BY ANN Energy bar ( produkt pełnowymiarowy ) 3,89 pln 
Kolejny batonik Anny Lewandowskiej. Ostatnio trafił mi się kompletnie niejadalny smak burak-truskawka. Tym razem kokos-banan, który niestety również nie przypadł mi do gustu. 
6. BARNANGEN Balsam do ciała ( produkt pełnowymiarowy ) 34,99 pln produkt dodatkowy 
Drugi produkt Barnangen, tym razem nawilżający balsam. Duże, pojemne opakowanie z pompką – to duży plus. Zapach przyjemny, konsystencja mleczna, lekka. 
7.  KUESHI peeling do ciała ( produkt pełnowymiarowy ) 61 plnprodukt dodatkowy
Wspaniały bananowy zapach i bardzo ciekawy produkt, którego jestem bardzo ciekawa. 
PODSUMOWANIE 
Niestety, ale gdyby nie dodatkowe kosmetyki to pudełko byłoby kompletną porażką. Peeling Kueshi, którego obecność w pudełku była wiadoma od początku ratuje całą zawartość. Przez pojawienie się tych samych marek mam wrażenie, że trzymam ponownie listopadowe pudełko. Szczerze liczyłam, że w związku ze świętami box będzie prawdziwą petardą, więc rozczarowanie spore. Kolejny raz pojawił się fit batonik, który moim zdaniem nie powinno być w pudełku kosmetycznym. Znów odbyło się losowanie produktów o różnej wartości – co moim zdaniem jest nieuczciwym zagraniem.  Na koniec dodam, że gdybym kupiła pojedyncze pudełko i otrzymała je w podstawowej zawartości to byłyby to najgorzej wydane pieniądze w tym roku. 
Kto skusił się na grudniową edycję? Jak oceniacie zawartość?

Przez długi okres czasu byłam bardzo monotonna jeśli chodzi o makijaż oczu. Cienie w klasycznych brązach, eyeliner i maskara. Bez fajerwerków. Odkąd rozpoczęłam pracę w Inglot, coraz chętniej sięgałam po intensywniejsze odcienie cieni, a w makijażu stałam się zdecydowanie odważniejsza. To właśnie tam skomponowałam swoją pierwszą paletkę, której byłam wierna przed dłuższy czas. W późniejszym czasie moim hitem stała się paleta Cocoa Blend od Zoeva. Ostatnio znalazłam kolejną, wartą uwagi paletkę. Dobra, trwała i w przystępnej cenie. 

Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy zdjęcia Flawless 4 było pewne, że muszę ją mieć. Paleta stanowczo wyróżnia się na tle poprzedniczek MUR, w których dominowały odcienie brązów, beżów bądź złota. Przez to każda z nich wydawała mi się nazbyt podobna do innych. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwą euforią kolorów. 
Paleta Flawless 4 zawiera 32 cienie ( 0,625 g każdy ) zamknięte w czarnej kasetce z praktycznym lusterkiem z wieczkiem w kolorze różowego złota, które nadaje jej klasy i elegancji. Znajdziemy tu odcienie klasyczne ( ciepłe i chłodne brązy ), bazowe ( delikatne beże, odcienie nude ), metaliczne ( kilka odcieni złota, miedzi, a także różu i śliwki ) oraz intensywne ( czerwienie, róże, pomarańcze ), które są wisienką na torcie. Wszystkie odcienie pięknie się uzupełniają tworząc kompletną całość. Dzięki temu zróżnicowaniu ilość kombinacji makijaży jest wręcz nieograniczona. Każdy kolor ma swoją nazwę, co nadaje im charakteru. Pigmentacja cieni jest przyzwoita, określiłabym ją jako średnio-mocną. 
Żadna z palet MakeUp Revolution nie zrobiła na mnie tak mocnego wrażenia. Można powiedzieć, że Flawless 4 zdobyła moje serce od pierwszego wejrzenia. Cieniami pracuje się znakomicie, nie osypują się, są odpowiednio napigmentowane. Nawet bez użycia bazy utrzymują się długo na powiekach, nie rolują się. Uwielbiam różnorodność jaką daje paletka, używam jej na co dzień, na wieczór i od święta. Opakowanie jest wytrzymałe, dobrze wykonane i wygodne w użytkowaniu. Na koniec warto wspomnieć jeszcze o cenie, za 32 dwa dobrej jakości cienie zapłacimy bowiem ok. 36 złotych. 
Pochwalcie się, posiadacie w swojej kolekcji paletki od MUR? Która jest Waszą ulubioną?
W ostatnich dniach pogoda daje się ostro we znaki. Coraz więcej deszczowej aury, a słoneczka jak na lekarstwo. Do tego dni stają się coraz krótsze, więc mam wrażenie, że ciągle jestem w biegu. Po takim intensywnym dniu jedyne o czym marzę to relaksująca kąpiel i zapewne jak każda z Was mams swoje ulubione rytuały, które pozwalają mi się odprężyć i zregenerować. Jednym z nich jest nakładanie peelingu. Uwielbiam ten moment, kiedy drobiny delikatnie masują moje ciało. Jest to dla mnie bardzo przyjemny zabieg. Chętnie sięgam po wszelkie peelingi do ciała o przeróżnych zapachach i właściwościach, jednak najbardziej oddana jestem … kawie. Zapraszam więc dzisiaj na aromatyczną recenzję peelingu kawowego z nutą mięty pieprzowej. 



Mr. Bean Coffee Bean Scrub to jednak coś więcej niż zwykły peeling. To produkt, którego nie można nie pokochać. Oprócz właściwości złuszczających ma działanie antycellulitowe, perfekcyjnie wygładza skórę i oczyszcza ją z toksyn. Choć jako towarzysz kąpieli zostawia niezły bałagan w wannie to sam zabieg jest “czystą” przyjemnością. 

Skład peelingu to prawdziwa mieszanka drogocennych dla skóry elementów:

kofeina, która nie tylko pobudza krew, ale również działa antycellulitowo, przeciw żylakom, enzymie czy łuszczycy;
cukier trzcinowy oraz sól himalajska skutecznie złuszczają naskórek i wygładzają skórę, niwelują trądzik, wszelkie wypryski i przebarwienia skórne;
– olej kokosowy, który rewelacyjnie nawadnia i nawilża ciało;
kakao oraz witamina E są bogate w przeciwutleniacze, które odżywiają i chronią skórę, a także wspomagają proces regeneracyjny komórek.



Pełny skład: Coffea Arabica Seed Powder, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Sucrose, Sodium Chloride, Glycerin, Theobroma Cacao Seed Powder, Prunus Amygdalus Dulcis (Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Tocopherol, Mentha Arvensis (Peppermint) Leaf Exract, Hyaluronic Acid


Peeling ukryty jest w grubej torbie foliowej o matowym wykończeniu z minimalistyczną szatą graficzną, wizualnie przyjemną dla oka. Co ważne, po kontakcie z wodą opakowanie nie deformuje się ani rozwala, dzięki czemu spokojnie mogę trzymać je na wannie. Torebkę otwiera się i zamyka poprzez “zatrzask”, który skutecznie zabezpiecza przed rozsypaniem się produktu. Sam peeling wyglądem przypomina … ziemię o grudkowatej strukturze, jednak przez zawarte w nim oleje nie jest przesadnie suchy. Po zabiegu skóra przez długi czas jest miękka i bardzo przyjemna w dotyku, a regularne stosowanie peelingu przynosi bardzo pozytywne efekty. Po pomarańczowej skórce ani śladu, a skóra jest bardzo wygładzona i napięta. 


Jeśli aromat porannej kawy działa na Was relaksująco, to z tym peelingiem poczujecie się jak w raju. Zapach jest bowiem intensywny wręcz zniewalający, a dzięki dodatkowi mięty pieprzowej również bardzo świeży i pobudzający. Warto dodać, że peeling jest bardzo wydajny, a zapach długo się utrzymuje.

Niestety jak na porządny peeling przystało cena jest dość wysoka, gdyż za opakowanie o pojemności 220 gram musimy zapłacić w granicach 16 euro. Mi udało się dorwać go w Tk Maxx w cenie ok. 30 złotych, co jest nie małą okazją. 



Podsumowując Mr. Bean bije na głowę wszystkie dotychczasowe peelingi, które miałam okazję używać i zdecydowanie trafi na listę hitów roku 2017.